7 rzeczy, których nauczyłam się o sobie dzięki Nordic Walking

Przez długie, długie lata aktywność fizyczną traktowałam jak przestrzeń całkowicie obcą, zupełnie mi niepotrzebną, wiążącą się wyłącznie ze zmęczeniem i nie przynoszącą żadnej satysfakcji – no, może innym, szczupłym „wybrańcom”, którzy mogą zdecydować się na dowolną dyscyplinę i mieć z niej radochę.

Rower? Jako dziecko jeździłam, radości nie odkryłam, na pewno „zapomniałam” jak się jeździ. Góry? Piękne widoki, ale najlepiej, żeby na taką górę wjechać – po co się męczyć wchodzeniem, skoro i tak kiedyś w końcu trzeba będzie zejść? Pływanie? Próbowano mnie nauczyć, oj próbowano… Okazałam się wyjątkowo odporna na te próby, udowadniając że na mnie niektóre prawa fizyki po prostu nie działają i nie mogę ot tak „położyć się na wodzie”, bo spadnę na dno (basenu). Wymieniać dalej? Sama widzisz…

Lat temu parę był jeszcze aerobik – była radocha, były nawet jakieś efekty, szybko jednak okazało się, że przy takiej aktywności za dużo tych „zależy”. Od miejsca, ceny, grupy, osoby prowadzącej, a przede wszystkim – czasu. Dostosować się trzeba i już. Jeśli mam ochotę potańczyć w czwartek o 10.43 nie pójdę przecież na salę i nie zażądam prowadzenia zajęć. A jeśli wybitnie nie mam siły w środę o 16.30 to przecież pójdę i tak, bo zapłaciłam.

Ostatecznie stwierdziłam, że z tym sportem jest jakoś dziwnie – ciągle słyszę, że trzeba, że warto, że zdrowie, sylwetka, waga, ale jakoś nic do mnie nie przemawia. Bo w końcu w imię czego mam się męczyć – dla samego zmęczenia? Nie ma radochy, nie ma efektów, to ja sobie radochy poszukam gdzie indziej. Czekolada w końcu nie każe mi się męczyć…

Z czasem okazało się, że „szukać” szczególnie nie muszę, bo słodkości i tak mnie „znajdowały” przy każdych zakupach. Był taki czas (co odkryłam czyszcząc telefon ze starych aplikacji), kiedy ważyłam 97 kg. Nieuchronnie też przyszedł czas, kiedy mój kręgosłup powiedział: „mam dość” i kilka dni przeleżałam.

Gdy już znalazłam się w pionie, ortopeda mówił kilka razy o zbawiennych efektach Nordic Walking, ale wtedy chodzenie z kijkami potraktowałam tak jak każdy inny rodzaj ruchu, czyli „za dużo wysiłku” i „nie dla mnie”.

Olśnienie przyszło w zeszłym roku – i nie od samego „słyszenia”, tylko dzięki odczuciu na własnej skórze, jak mi fajnie z kijkami iść. Lekko jakoś tak – nie męczę się, a tak przyjemnie rozruszana się czuję. Chodzić zaczęłam z własnymi kijkami i przypominać sobie wszystkie dobre rzeczy, jakie słyszałam o marszach z kijkami . Nie tylko przypominać – odczuwać je! Kręgosłup nie bolał, waga spadała i nareszcie zaczęło do mnie docierać, „co poeta miał na myśli” mówiąc o radości z wysiłku, satysfakcji po porannym treningu, przyjemności zmęczenia. A więc o to chodziło – myślałam sobie chodząc. Jeśli tak, to rozumiem i widzę sens – uśmiechałam się do swoich endorfinek 🙂

Długo trochę (o tym piszę)? Bo też długo to trwało… 🙂 Musiałam – żebyś zobaczyła wagę (hm…) moich odkryć. Od tego czasu dzięki Nordic Walking poczułam i na własnym, smuklejącym ciele przekonałam się że:

  1.  Lubię (jednak!) ruch i aktywność i że mogę ją podejmować z własnej nieprzymuszonej woli i we własnym rytmie – kiedy chcę, jak długo chcę i tam gdzie chcę. Moja ulubiona nordic walkingowa trasa wiedzie przez most i każdy zakręt, każde wzniesienie wiąże się dla mnie z jakimś małym osiągnięciem albo zadaniem – szybsze tempo, mniejsze zmęczenie, zmiana rytmu.
  2. Źródłem radości/satysfakcji/pocieszenia (nie, nie pomyliłam się zostawiając te trzy określenia – znam je wszystkie, na pamięć znam to, czego szukałam w słodkościach) może być coś innego niż jedzenie – nie tylko niezdrowe jedzenie, ale posiłki jako takie – one mają przecież zupełnie inną funkcję.
  3. Mam realny wpływ na to, jak się czuję, jak wyglądam i co z tą wiedzą o sobie dalej zrobię.
  4. Moje ciało coś do mnie mówi, ma swoje granice (zmęczenia), które mogę powoli przekraczać, rozpoznaję sygnały, które mówią mi: „jeszcze trochę” albo „więcej już nie”. Tak podczas marszu, gdy decyduję o długości czy intensywności spaceru, jak podczas jedzenia. Innych produktów niż wcześniej i inaczej.
  5. Wraz ze wzrostem aktywności fizycznej zmienia się moje spojrzenie na samą siebie i świat. Ruch dał mi przestrzeń, dystans. Więcej jest „mogę” zamiast „muszę”, a najlepsze pomysły przychodzą podczas ćwiczeń.
  6. Mogę podejmować nowe zadania, także w innych dziedzinach, decydować się na nowy sposób działania, próbować i – osiągać sukces. Wyznaczać nowe cele i realizować je.
  7. I największe moje odkrycie, najbliższe mi w odniesieniu do aktywności fizycznej i zmiany w odżywianiu: nawet najdrobniejsze, dobre nawyki mają sens i procentują, gdy je powtarzam, świadomie je podejmuję – także wtedy, kiedy mi się po prostu nie chce.

Małe – wielkie odkrycia, do których wracam. Nie tylko o nich wiem, ja je odczuwam i przywołuję, żeby znów głosem wiodącym nie był leniuszek we mnie. Miał się (całkiem) dobrze przez „-dzieści” lat, mieszkanko niezłe sobie we mnie urządził, więc tak łatwo wyprosić się nie da. Zamierzam go wygonić konsekwencją, bo siła doświadczeń z ostatniego roku jest nieporównywalnie większa niż tamtych „czekoladowych pocieszeń” zbieranych przez lata.

12 komentarzy

  1. Jestem świeżak, chodzę dopiero 10 dni albo aż 10 dni. Nie straszny mi mróz i śnieg, bo czuję się doskonale! Najważniejsze To mieć motywację, satysfakcja przyjdzie sama. Pozdrawiam!

    1. Aż 10 dni – gratulacje Aniu! I coraz większej satysfakcji Ci życzę. Zaglądaj tu jak najczęściej, także wtedy, gdy motywacja zacznie siadać. Marszowe pozdrowienia 🙂

  2. Potrzebuję motywacji i mam nadzieję ze znajdę ją u ciebie Olu 🙂 Biegać nie lubię a zdało by się zrzucić trochę balastu, bo po 40 tce sam nie chce 🙂 Tak więc jutro biorę kijki i w drogę ( czekają już bardzo długo)

    1. Kijki czekają? To super! Na ten dzień czekały 😉 Oj nie chce się ten balast sam zrzucać, nie chce… Koniecznie daj znać, jak się czujesz po spacerze 🙂 Jak już raz wyjdziesz, będziesz wracać na trasę, bo kijki wciągają 😉 Chodziłaś wcześniej czy zaczynasz? A po motywację wpadaj jak najczęściej. Takimi słowami i mnie mobilizujesz 🙂

  3. Jakbym czytała o sobie, nigdy nie przepadałam za aktywnością fizyczną, w szkole na wf ćwiczyłam ale bez chęci , odkąd dowiedziałam się że mam io i pcos, zalecenie lekarza było zrzucić nadwagę, podpowiedziane mi były kijki, chodzić na spacery z psem lubiłam ale z kijkami, przecież to zostało wypromowane dla seniorów, lecz zaczęłam i po zauważeniu co mi dają czyli endorfiny, energię, szczęście, centymetry i waga leciały w dół, to uwierzyłam że i ja mogę polubić się z aktywnością fizyczną, nordic walking to sport dla mnie, co z tego że ludzie patrzą się na mnie czasem krzywo i ze zdziwieniem, ważne że robię to co lubię i przynosi to efekty.

    1. Dziękuję Michasiu 🙂 Czasami też łapię zdziwione spojrzenia albo nawet (zdarzyło się) pytanie gdzie zgubiłam narty… Uśmiecham się wtedy szeroko 🙂 Nordic Walking to sport dla mnie – podpisuję się pod tymi słowami 🙂

  4. Mam kijki, byłam na nich raz, chyba źle ustawiłam bo niezbyt mi szło. Ale nie to jest problemem, lecz wyjście z domu, ja się tych kijków po prostu wstydzę, chodziłam naokoło osiedla, mam drogę asfaltową oraz taką utwardzaną. Wstydzę się ludzi, spojrzeń. Nie umiem się przełamać.

    1. 🙁 Małgosiu, a może w naszej facebookowej grupie znajdą się osoby z Twojej okolicy, z którymi mogłabyś chodzić? Albo jeśli chcesz, napisz mi więcej na ola [at] zaczynamteraz.pl – zapytam w Twoim imieniu.

  5. Świetnie Cię rozumiem. Ja co prawda nigdy z wagą problemów nie miałam, ale jakikolwiek sport był mentalnie poza moim zasięgiem 😀

    Dopiero kiedy odkryłam jogę, to się zmieniło. Dziś, kiedy już sama uczę jogi (ale się porobiło!), widzę że to czego szukałam to ten naturalny wysiłek. To co piszesz – wcale tak nie męczy, a jednak męczy 😉 Tyle, że bez żadnych zaawansowanych gadżetów, bez konkurowania, czy spiny. Po prostu kawałek podłogi, krzesła, czy nawet kanapy.

    Dzięki jodze z kolei odkryłam, że to właśnie samo chodzenie jest kolejną taką aktywnością. Co prawda nie używam kijków, ale wolę szybki marsz niż jazdę na rowerze. Może to się zmieni. Myślę, że to działa jak takie przesuwanie granicy – zaczynałam od jogi spokojnej, później gdy nabrałam siły zakochałam się we flow. Teraz kiedy więcej chodzę, zaczynam mieć ochotę na bieganie 🙂 Do czego to doszło!

    Dzieki za wpis i powodzenia

    1. Dziękuję Reniu za odwiedziny i komentarz 🙂 Zobacz jak to jest – jakaś aktywność wydaje się „poza zasięgiem” jak piszesz a potem trafiamy na coś, co zaczyna być dla nas całkowicie naturalne. I nie męczy, chociaż męczy 😉 Joga wiąże się dla mnie z taką filozofią życia i duchowością, której nigdy nie szukałam (jestem szczęśliwą, praktykującą katoliczką), ale zgadzam się co do tego, że jedna aktywność prowadzi do kolejnej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia 🙂 a my coraz lepiej znamy siebie. Wiesz że szybki marsz też pomaga w spalaniu kalorii? 🙂 I jestem ciekawa czy zaczniesz biegać – próbowałam ale to chyba nie jest moja bajka 😉 Pozdrowienia 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *