co-cie-powstrzymuje-przed-odchudzaniem

Co Cię powstrzymuje przed odchudzaniem?

To wszystko można by nazwać wymówkami, ale wiem, że sprawa nie jest taka prosta. Tak jak nie ma dwóch identycznych osób, tak nie ma dwóch takich samych historii chudnięcia, bo w odchudzanie wchodzimy nie tylko z nadprogramowymi kilogramami – co oczywiste – ale też z całą historią powstawania tych kilogramów. I mam tu na myśli nie tylko fizyczny przyrost ciała, ale i nasze przekonania – o sobie, o świecie i związaną z nimi każdą najmniejszą decyzję dotyczącą naszego stylu życia.

Może odnajdziesz się w tym, co odkryłam. Po części wynika to z moich własnych doświadczeń, na które patrzę z perspektywy czasu, po części z rozmów z wieloma niesamowitymi kobietami podczas spotkań czy warsztatów w których uczestniczę. Gdy pojawia się kwestia mojego schudnięcia, pojawiają się też pytania i mniej lub bardziej osobiste historie.

Porównywanie się do kogoś.

To może być ktoś dla nas ważny albo koleżanka z pracy, z którą widzimy się codziennie. Gwiazda która stała się „twarzą” kampanii środka na odchudzanie czy jakiejś diety albo daleka kuzynka, która przy każdym rodzinnym spotkaniu nie omieszka zadać nam „tego” pytania. Bo skoro jej się udało, na co w końcu czekamy?

Choćbyśmy miały powyżej uszu takich pytań, a osoba, którą widzimy „wszędzie” potęguje w nas uczucie przepaści między jej „doskonałym życiem” a naszą codziennością, mniej czy bardziej świadomie staje się dla nas wzorem niczym kartonik do odrysowania. Bo zamiast impulsu do przyjrzenia się konkretom naszego życia, otrzymujemy złudzenie, że zmienia się ono diametralnie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają problemy – korzenie naszej otyłości, ospałości czy nałogowego jedzenia (nie tylko słodyczy).

Ale że jesteśmy mądre i gdzieś w środku siebie czujemy, że reklama reklamą, ale nie da się ot tak, jednym „pstryknięciem” zmienić wszystkiego w idealną codzienność, rezygnujemy ze wszystkiego: i z tego co w opowieściach na użytek mediów nierealne i z tego (co gorsza), co mogłoby się stać ziarenkiem kiełkującym w naszych małych decyzjach – tu gdzie żyjemy.

…szkoda. Szkoda, prawda? Dziś to widzę. I najgłębiej rozumiem. Czuję, że łatwiej jest zrezygnować z „niepewnych zysków” (bo tak widzimy nasze efekty odchudzania) niż próbować się przedrzeć przez mgłę nierealnych oczekiwań i dotrzeć do tego, co dla nas możliwe bo spójne z naszą codziennością. A to jest często taki czas, kiedy działamy w trybie: „po co się męczyć”. Pewniejszy jest powrót do tego co znane od lat i bezpieczne. Pamiętam to.

Porównywanie się do samej siebie sprzed lat.

Tu gorycz może być dotkliwsza i wcale nie musimy mieć na myśli swojego odchudzania za czasów podstawówki czy szkoły średniej. „Skoro wtedy nie udało mi się to czy tamto, skoro tyle lat temu nie dałam rady…” Albo przeciwnie: „Jeśli wtedy było to takie łatwe…” Dziś nie jestem ani swoją porażką ani swoim sukcesem sprzed lat. Jestem tym, kim jestem – z całym bogactwem pozytywnych i negatywnych doświadczeń, z których mogę wyciągnąć wnioski.

Wtedy coś zrobiłam – albo czegoś nie zrobiłam – według mojej wiedzy i najlepszej woli, jaką wówczas miałam. Dziś także mam jakąś wiedzę, intencję działania i doświadczenie, zgodnie z którymi mogę podjąć decyzję na miarę mojego „teraz”.

Czyjeś oczekiwania wobec nas.

Nazwane albo nienazwane. „Przemycane” w luźnych uwagach czy komentarzach nie mających na pierwszy rzut oka nic wspólnego z naszą wagą czy wyglądem. Spojrzenia. Jakieś strzępki zdań docierające do nas za pośrednictwem osób trzecich. Może prezenty, które z założenia miały być „delikatną sugestią” a stają się „kulami armatnimi” które z hukiem lądują gdzieś na progu naszej prywatności.

Myśli i wyobrażenia, które – jeśli nie zostały „sprawdzone” słowami najbardziej wprost: rozmową, pytaniem, z niewielkich ziarenek urastają w naszych głowach do potężnych drzew czy nawet lasów. Przez taki gąszcz coraz trudniej się przebić. Zakładamy po prostu, że ktoś „tak myśli” i do głowy nam nie przyjdzie, na jak grząskim gruncie „zasadziłyśmy” to nasze przekonanie.

Nasze oczekiwania wobec samych siebie.

Ostrzejsze od „najgroźniejszych” nauczycieli z jakimi kiedykolwiek zdarzyło nam się spotkać. Bardziej wygórowane czy „wyśrubowane” niż trenerskie czy lekarskie zalecenia, jakie tylko mogłybyśmy sobie wyobrazić. Te wszystkie „muszę”, „powinnam”, „trzeba”, „bezwzględnie”, „nie wolno” czy „zawsze” niby głazy wypełniają nasze myśli, tak że czasem trudno znaleźć tam miejsce nie tylko na „dziś nie dam rady” ale nawet: „potrzebuję odpoczynku”.

Przez całe lata bywamy dla siebie najgroźniejszymi sędziami, nie dopuszczając do głosu „drugiej strony” i brnąc w to wszystko czemu przecież „musimy” sprostać, bo jeśli nie… Właśnie – bo jeśli nie to co?

Nasz organizm jest mądry – jeśli dziś nie dam mu tego, czego potrzebuje, prędzej czy później upomni się o swoje prawa sygnałami, które trudno nam będzie zignorować. Kręgosłup, infekcja czy problemy z trawieniem postawią nas „pod ścianą” i nagle okaże się, że wszelkie nasze: „muszę” po prostu muszą się schować.

W procesie odchudzania określenie „wszystko albo nic” może być o tyle motywujące co niebezpieczne. Bez słodyczy żadna krzywda nam się nie stanie (wręcz przeciwnie…) ale już uporczywe dążenie do uzyskania określonej wagi mimo sygnałów wysyłanych przez organizm to już działanie przeciwko własnemu zdrowiu.

Obraz samych siebie przekazany nam przez ważne dla nas osoby.

Ważne, niekoniecznie bliskie. Dlatego myślę tutaj zarówno o rodzicach czy dziadkach jak i nauczycielach, trenerach czy przełożonych. W odniesieniu do naszego wyglądu, wagi czy atrakcyjności (określenie jak worek bez dna, do którego łatwo wrzucić niemal wszystko) przekazali nam nie tylko to, co myśleli o nas, ale także – to co myśleli o sobie samych i jak wartościowali to co było dla nich „w porządku” albo „do poprawy”. Od sposobu ubierania się po skoki przez skrzynię czy stanie na głowie na WF-ie…

I teraz najważniejsze: widząc to wszystko, wiedząc o tym, możemy zdecydować, czy i w jakim stopniu nasze wcześniejsze doświadczenia stają się „trampoliną”, od której odbijamy się i szybujemy w górę.

Wszystkie powyższe odkrycia możemy potraktować jak przeszkody… albo jak doświadczenia uczące nas więcej, docierające głębiej. Być może odkryjemy takie obszary, w których potrzebna będzie współpraca ze specjalistą – terapeutą, psychologiem. Może zobaczymy, że potrzebujemy przebaczenia – innym albo sobie – albo poukładania czegoś na nowo w Bożej obecności.

Nie mamy wpływu na to, co już się wydarzyło, ale mamy wpływ na to, co teraz z tym zrobimy.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *