dla-urody-czy-dla-zdrowia

Dla urody czy dla zdrowia?

Pamiętasz kogoś, kto miesiącami (albo latami) mówił Ci, co powinnaś? W jakiejkolwiek dziedzinie życia – chodzi mi jedynie o to, co myślałaś w takich chwilach i jak się z tym czułaś.

Tu spektrum odczuć – chociaż różniące się w szczegółach – bywa chyba dość podobne: raczej nie czułyśmy się z tym dobrze. W takich sytuacjach marzeniem osoby słuchającej tego typu wywodów bywa ucieczka (w przenośni lub dosłownie) i odcięcie się od wszystkiego co ma związek z tematem rozmowy (albo monologu).

W taki sposób reagowałam na wszelkie komunikaty dotyczące mojej tuszy i wyglądu. Tak ze strony osób najbliższych jak i na przykład nauczycielek wychowania fizycznego. Kwestia czy to właśnie nauczyciel (jakiegokolwiek przedmiotu) powinien poruszać z uczniem takie tematy (zwłaszcza w obecności innych osób) to już osobny temat.

Dlaczego tak się działo? Skąd taka moja reakcja? Czy nie miałam zaufania do osób, od których to słyszałam? Miałam – i to bezgraniczne. Czy podejrzewałam, że mogliby chcieć dla mnie czegoś niedobrego? Wręcz przeciwnie – byłam pewna że Rodzice chcą dla mnie jak najlepiej. Czy obawiałam się, że zostawią mnie z tym samą? Absolutnie nie – wiedziałam że mogę liczyć na bezwarunkową, pełną miłości pomoc na każdym etapie odchudzania.

Dlaczego w takim razie pozostawałam „głucha” na zachęty i sugestie, a podejmowane próby chudnięcia (dziś wiem, że ze zdrowiem nie mające nic wspólnego) traktowałam jak zebranie dowodów w sprawie: „zobaczysz że i tak nic z tego nie wyjdzie”.

Zapewne znasz odpowiedź: naprawdę byłam pewna że „i tak nic z tego”. Bo geny, bo przyzwyczajenia, bo nie umiem, bo jak to zmienić… Ja sama przez lata nie wierzyłam w to, że mogłabym wyglądać inaczej i czuć się inaczej. A jak wiadomo – gdy jesteś do czegoś przekonana, dowody zawsze znajdziesz.

Gdyby wtedy ktoś powiedział, że swoje „nie da się” opieram na przekonaniach, które nie są faktami, chyba poczułabym się manipulowana. Nie – nie chodzi o poczucie „mogę – nie mogę”. Bardziej o pewność, że „nie da się” jeść inaczej, że odchudzanie oznacza dietę a dieta oznacza męczarnie i że to, co przez całe życie uważałam za zdrowe i odżywcze niekoniecznie takie jest.

Biały chleb. Biała mąka. Mleko. Wędliny. Z czym kojarzy Ci się „pożywne śniadanie” z dzieciństwa? Czy tak jak mnie z kanapkami? Wiem, wiem że było w nich morze miłości naszych Mam, które je dla nas przygotowywały…

Fakt, że to co jem ma związek z moim zdrowiem, zaczął do mnie docierać kilka lat temu. Tak – to było jeszcze przed odchudzaniem. Zaczęłam to słyszeć, dopuszczać do siebie myśl, że być może „coś w tym jest”, chociaż wtedy jeszcze nie wierzyłam, że mogłabym z tej wiedzy zrobić użytek. „Może inni…”, „może ktoś”, ale nie ja.

A że nie dotyczyły mnie żadne z przewlekłych chorób, umacniało się we mnie przekonanie, że „inni muszą a ja na szczęście nie”. Nie widziałam też związku między tym co i jak jadłam a tym jak się czułam. Między słodyczami a sennością. Ogromną ilością mącznych potraw a niechęcią do ruchu ściśle związaną z szybkim męczeniem się.

Teraz widzę tę zależność. Odczuwam ją. Można powiedzieć że najpierw doświadczyłam jej na sobie a potem zaczęłam zdobywać wiedzę na ten temat. I to „wiem” w połączeniu z „odczułam to na sobie” przemawia do mnie wyjątkowo głośno 😉

To już nie jest „powinnaś” słyszane od kogoś. To wyraźne: „chcę” pochodzące ode mnie…

Czy zaczynając odchudzanie wiedziałam to, co wiem teraz? Nie. Czy decydując się na ten proces robiłam to dla zdrowia? Nie. Droga, którą zaczęłam, poprowadziła mnie dalej. W dobrym kierunku (zdrowia) i na dobry kierunek (coachingu zdrowia) 🙂

Wierzę, że lepiej zrobić jeden mały krok w dobrym kierunku niż czekać aż zdobędziemy „całą potrzebną wiedzę” żeby zacząć. Zresztą – kto nam powie, że to już, że mamy tę „całą potrzebną wiedzę” i że jesteśmy „gotowe”? Przecież zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiemy a proces uczenia się (siebie i teorii) będzie trwał zawsze, do końca życia…

Wiem – potrzebujemy znajomości kierunku, w którym zmierzamy, ale potrzebujemy też wiary, że wiedza konieczna na danym etapie „przyjdzie do nas” na miarę naszej otwartości i gotowości. Czy gdybym w czasach studenckich, odchudzając się przy pomocy tabletek usłyszała, że warto – przynajmniej na jakiś czas – zrezygnować ze słodyczy, zrobiłabym to? Na pewno nie. Wtedy – i jeszcze przez wiele lat – były dla mnie zbyt ważną częścią codzienności, żebym mogła je tak po prostu „odstawić”…

Za rok, dwa, za dziesięć lat przyglądając się swojej obecnej wiedzy i znajomości siebie pomyślę, że była zaledwie maleńką cząstką tego, czego dowiadywałam się później. Oby. Oby tak właśnie było 🙂 Chcę wiedzieć coraz więcej o zależności: jedzenie-zdrowie. Chcę poznawać coraz lepiej samą siebie. Chcę dzielić się swoją wiedzą z kobietami, którym tak jak mnie kiedyś trudno uwierzyć, że zrzucenie wagi po czterdziestym roku życia jest możliwe.

Otrzymujemy to, co jesteśmy gotowe przyjąć. Gdy zrodziły się w nas pytania, przyjdą też odpowiedzi.

2 komentarze

  1. Dzięki za wspaniałe przemyslenia, mądre i trafiające do mnie. Zrozumiałam, że trzeba zmienić sposób odżywiania, zmienić nawyki, a nie trzymać się różnych diet, które działają na krótko i po których wraca się do poprzedniej wagi, albo nawet waga wzrasta. Cieszę się juz na nastepne listy od Ciebie, ciepłe i życzliwe.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i zyczę wspaniałego, szczęśliwego życia. Ewa.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *