Jak się powstrzymać od jedzenia słodyczy?

Czujesz, że tego słodkiego za dużo, a jednak bierzesz kolejną kostkę (tabliczkę?) czekolady, sięgasz po kolejne ciastko, podczas zakupów batonik jest obowiązkowy. Jest OK? Nie jest OK – gdyby tak było, nie czytałabyś tego przecież. Może już od dawna nie tylko nie jest dobrze, ale jest bardzo niedobrze, a Ty nie wiesz, jak sobie poradzić z tą przemożną ochotą na słodycze. Nie podam Ci złotego środka. Nie wiem, czy takowy istnieje. Napiszę Ci, co u mnie zadziałało kiedyś, co działa teraz i jak udało mi się zyskać konieczny dystans do słodkości – wszelakich. Jak było kiedyś?

Ciągle mam ochotę na słodycze – co robić?

Właśnie tak – słodkości mogłam jeść o każdej porze i w każdej ilości. Zawsze było mi mało. Zawsze dno pudełka z ciasteczkami albo puste sreberko po czekoladzie ujawniały bezbrzeżny smutek. Bardzo dosłowny smutek powrotu do siebie – grubej i nielubianej. O ile tabliczkę czekolady zaczynałam z myślą: „jak zjem, będzie lepiej”, o tyle ostatnia jej kostka nigdy mi tego „lepiej” nie pokazywała. Było jeszcze gorzej niż przedtem, w dodatku – ze złością na siebie, że zrobiłam coś, czego tak naprawdę nie chciałam. Nie chodziło przecież o smak, tylko o samopoczucie. Myśli. Rozdźwięk między: „chciałabym” a „jestem”. Obiecywałam sobie, że

Od jutra koniec ze słodyczami!

I wytrzymywałam do jutra – do deseru po obiedzie albo (przy wielkim wysiłku) do wieczora. Wtedy naprawdę potrafiłam zrekompensować sobie całodniowy brak cukru. Potrafiłam. I znowu był żal. I znowu była złość na siebie. Bo nie dałam rady. Bo jestem słaba. Bo nie mam silnej woli. Bo to słodkie, chociaż takie dobre, nie pomaga. Obiecuje, a nic nie daje. Sprytne takie i złośliwe. To nic, że jeszcze przed chwilą było „kochane i rozumiejące”. Uśmiechasz się? Uśmiechaj się 🙂 Może znasz ten mechanizm, może doskonale rozumiesz to moje zapętlenie. To oczekiwanie niemożliwego, bo w końcu jak pożywienie (gdybyż słodycze rzeczywiście „żywiły”!) może mi dostarczyć czegoś, co ma się nijak do układu pokarmowego? Najpierw myślałam, że w tym całym odchudzaniu chodzi o to, żeby było coś (zamiast) słodkiego, bo ja tego „cosia” jednak potrzebuję. Zaczęłam się zastanawiać:

Czym zastąpić słodycze?

Już wiedziałam, że jem ich trochę za dużo, już wiedziałam, że powinnam to zmienić, wyobraziłam sobie zatem ten proces jako moją (niekończącą się?) walkę zmierzającą do tego, żeby słodyczy nie jeść, nie chcieć, nie lubić i ze śpiewem na ustach zamiast nich wybierać… świeże albo suszone owoce? Kawałki surowych warzyw? Orzechy? Jakieś ziarenka? Nędzne substytuty – myślałam. Kogo ja chcę oszukać? – denerwowałam się. A może taka już jestem – przyzwyczajona do słodyczy i ciągle ich potrzebująca? Może inni ich nie potrzebują – ja tak. Może inni bohatersko omijają dział słodyczy w sklepie – ja nie. Inni – czyli szczupli, o lepszej (zwycięzcy!) przemianie materii niż ja. Tak myślałam, a mój słodki labirynt nie miał końca. Problemem była nie tylko

Chęć na słodkie po obiedzie

Dla mnie słodycze były lekarstwem na każde zmęczenie, smutek, zniechęcenie czy porażkę. Gdy zaczęłam odchudzanie, którego niezbędnym elementem stał się Nordic Walking, mój organizm zaczął otrzymywać potężną dawkę endorfin. Kiedy podczas porannych marszów czułam słońce, wiatr, własne rozciągnięte i zadowolone ciało, a obok nich – zmęczenie, radość, chęć żeby iść dalej, zdumienie że cieszy mnie wysiłek fizyczny hormony szczęścia buzowały we mnie 🙂 To była pierwsza, najbardziej radosna „deska ratunku” – radość płynąca z innego źródła niż jedzenie. Wiedziałam, że w moim przypadku żadne „ograniczenie słodyczy” nie wchodzi w grę. Ja je po prostu musiałam odstawić całkowicie. Wtedy, na tamtym etapie, nie mogło być mowy o „jednym ciasteczku” czy gorzkiej czekoladzie zamiast każdej innej. Bo to wszystko traktowałabym właśnie jako „zamiast”, czyli powrót do „nędznych substytutów” 🙂 Bolało? Bolało. Byłam zła? Chyba byłam 🙂 Ale widziałam, że

Każdego dnia waga spada

a ja mam na ten proces realny wpływ. Więcej – zobaczyłam dokładnie, w których chwilach dnia o tym decyduję. Newralgicznymi momentami był na pewno czas poobiedniej kawy i wieczorne zmęczenie. Jak się trzymałam? Nie miałam słodyczy w kuchni, nie kupowałam ich, nie chodziłam na zakupy sama albo nie chodziłam w ogóle. Pilnowałam momentów, gdy zaczynałam być głodna i nie dopuszczałam do „wilczego głodu”, gdy byłabym w stanie zjeść wszystko i w każdej ilości, nie czekając na sygnał płynący z organizmu: stop – jesteś najedzona. Wiedziałam, jaka będę szczęśliwa następnego dnia na spacerze, jaka lekka i dumna, że kolejny raz zrobiłam coś, co do tej pory wydawało mi się niemożliwe. Radość płynęła, tylko z innego źródła. I była to prawdziwa radość i satysfakcja, nie ta „obiecywana” przez czekoladę 🙂 Wieczorami bywało trudniej – to było bardzo mocne doświadczenie, kiedy uświadomiłam sobie, jak bardzo

Wieczorne podjadanie słodyczy

stało się moim przyzwyczajeniem, nałogiem, niezbędnym elementem dnia. Walczyłam 🙂 Czasami dosłownie „ratowałam się” koktailem z maślanki i kiwi lub truskawek, który latem był po prostu moją kolacją. Sączyłam małymi łykami, jak najdłużej, żeby do mojej głowy dotarła myśl: nie jesteś już głodna, nie potrzebujesz jeść niczego więcej. Maślankę uwielbiam do dziś – doskonale zaspokaja głód.

Czy da się schudnąć jedząc zdrowe słodycze?

Nie wiem – w tamtym czasie nawet zdrowe słodkości potraktowałabym jak marne zamienniki, albo jedynie inny rodzaj słodyczy przynoszącej zadowolenie, której i tak zjadłabym ogromne ilości – a nie o to mi przecież chodziło. Kiedy już zobaczyłam tę zależność między moim samopoczuciem a jedzeniem, wiedziałam, że rozwiązanie może być jedno – zrezygnować całkowicie, żeby potem korzystać świadomie. Dlatego też, gdy skończył się cukier, nie kupiłam kolejnego kilograma. Nie tylko białego – żadnego. Ani żadnego słodzika. Do teraz ich po prostu nie mam. Czy to było

Uzależnienie od słodyczy?

Zapewne. Czy dzięki połączeniu Nordic Walking + endorfiny z innego źródła udało mi się je pokonać? Jeśli zwycięstwem jest możliwość zjedzenia czegoś słodkiego i rezygnacja z tego oraz brak nieustannej i przemożnej chęci na słodkie to tak. Czy to znaczy, że mam absolutną pewność, że już nigdy nie zjem za dużo słodkości albo że coś tej mojej wypracowanej woli nie złamie? Nie wiem. Jestem w stanie zatrzymać się na kostce czekolady. Gorzkiej. Na jednym kawałku ciasta. Jestem też w stanie zrezygnować ze słodkiego i nie czuć przy tym „przyciągania”. Niczego od tego nie uzależniać. Czasem czuję, że każde spotkanie (ze słodyczami) to wyzwanie, a czasem dziwię się: to tego kiedyś chciałam zjeść tak dużo? Jedno jest pewne – widzę i wiem, że mam czas na decyzję w miejsce wcześniejszego, bezrefleksyjnego pochłaniania. I to jest moje wielkie zwycięstwo.

6 komentarzy

  1. Jakbym czytała własną biografię 🙂 Tyle, że ja nadal walczę. Ale jedno jest pewne – brak słodyczy w domu całkowicie wyklucza nocne obżarstwo nimi! Ja właśnie w nocy najwięcej jadłam słodyczy!!!

    1. Magda – ja też cały czas walczę i wiem, że tak będzie, chociaż z coraz większym dystansem 🙂 Kiedyś nie potrafiłam odmówić, nawet gdy rozum mówił: nie. Drastyczne środki bywają najskuteczniejsze – kiedy nie ma słodkości w domu, sprawa rozwiązana. Masz w ręku potężny oręż jeśli dbasz o to, żeby ich po prostu nie było 🙂 A zadbałaś o endorfinki z innego źródła? 🙂

  2. to o mnie 🙂
    …. a raczej 🙁

    walczę od ponad roku. schudłam 15 kg i jeszcze kilka mi zostało. świetny blog, doświadczam wiele z tego, o czym piszesz. ja tez uprawiam sport codziennie. u mnie to rower. jak nie mogę jeździć to mi bardzo brakuje… no cóż, jedno uzależnienie przechodzi w drugie 🙂
    Pozdrawiam
    Beata

    1. Cześć Beatko, świetny wynik, gratuluję 🙂 Cieszę się, że odnajdujesz się w moich słowach. Dobrze to ujęłaś: jedno uzależnienie przechodzi w drugie, ale też mamy świadomość, że potrzebujemy takiego „wentylu bezpieczeństwa”, prawda? I mamy wybór – już wiemy, że mamy wybór, że czekolada czy ciastka nie są rozwiązaniem. Wiemy też, jak będziemy się czuły po zjedzeniu czegoś słodkiego, a jak po aktywności fizycznej. Dziękuję Ci za to, co napisałaś, coś ważnego sobie uświadomiłam 🙂

  3. Jakbym czytała o sobie…
    Chodziłam do psychologa, który poszukiwał odpowiedzi na pytanie dlaczego jem takie ilości słodyczy? co one mi dają? Doszukiwał się jakiś krzywd w moim dzieciństwie…. A ja je jem bo po prostu lubię a może też bardziej z nudów. Bo kiedy jestem w pracy, na działce, poza domem to nie czuję do nich ciągu. Po prostu się czymś zajmę i o tym nie myślę.
    Od 1 maja zaczęłam przemieszczać się po mieście rowerem. Do pracy, na działkę, na zakupy… wszędzie pedałuję. I rzeczywiście radość z jedzenia słodyczy zastąpiła mi radość z jeżdżenia na rowerze.
    Dzięki twojemu blogowi zrozumiałam to czego nie potrafił wyjaśnić mi psycholog. Wierzę, że pójdę Twoimi śladami do końca i tym razem uda mi się wygrać walkę ze słodyczami….
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego

    1. Dziękuję Ci 🙂 Skoro to odkryłaś, jesteś o krok dalej – bardzo ważny krok. Będziesz miała do czego wracać za każdym razem, będziesz świadoma wyboru, z jakiego źródła czerpać endorfiny 🙂 Walczymy dalej 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *