jak-zakonczyc-odchudzanie-bez-jojo-i-bez-placzu

Jak zakończyć odchudzanie: bez jojo i bez płaczu

Odchudzanie skończyłam gdy przez dłuższy czas (o ile dobrze pamiętam trwało to kilka tygodni) moja waga ani drgnęła. Pamiętam że marzyło mi się wtedy śliczne, okrąglutkie „minus 25 kg” 🙂 Pięknie wygląda i brzmi wspaniale, prawda? Już sobie wyobrażałam jak ogłaszam to całemu światu, w każdym razie tej jego części, która zechce słuchać 😉

Najpierw czekałam cierpliwie (bo przecież nic się nie zmieniło ani w moim sposobie jedzenia, ani chodzenia i ćwiczenia), potem już nieco mniej… w końcu ileż można czekać…?!

Kiedy dotarło do mnie, że mój (mądry) organizm nic sobie nie robi z okrągłych cyfr ani nawet z brzmienia pochwał… odpuściłam. To znaczy: zrozumiałam, że właśnie doszłam do tego momentu, gdy każdy kolejny krok byłby już tylko walką i zaciskaniem zębów, żeby coś udowodnić (co i komu?). Tym odchudzania w żadnym razie nie zamierzałam uczynić. Radość zmiany nie mogła zmienić się w poczucie presji wobec samej siebie.

Bezpieczne odchudzanie: co zrobiłam?

To był początek 2017 roku. Nie siadłam wtedy z kartką papieru i nie zapisałam kolejnego celu. Chciałam pozostać na zdrowej drodze, wiedziałam jednak, że coś się na niej zmieni. Nie byłam też pewna, jak na zmiany zareaguje mój organizm… Trochę się bałam, czy waga nie wróci z nawiązką… O efekcie jojo tyle się nasłuchałam… Absolutnie jednak nie wyobrażałam sobie jakiegoś liczenia kalorii czy restrykcyjnego odżywiania z obawy przed cyframi na wadze. O nie! Nie teraz, kiedy tyle miesięcy żyłam bez strachu przed jedzeniem czy apetytem!

Jakieś ramy jednak były mi potrzebne. Jak drogowskazy czy może raczej – jak barierki zabezpieczające nad przepaścią. A może jedno i drugie? To, czego postanowiłam się (nomen omen) trzymać, pomagało mi zachowywać spokój i nie zastanawiać się, czy to już o pół kroku za daleko czy jeszcze nie. Łatwiej było mi powiedzieć sobie: tego nie jem.

Dobra dieta na odchudzanie: tego nie jadłam

Produktów z białej mąki, smażonych potraw, mlecznej czekolady, cukru, mięsa i wędlin. Z tym wszystkim zdążyłam się pożegnać (w niektórych sytuacjach nie bez żalu, ach ta mleczna… ;)), stwierdziłam zatem, że skoro przeżyłam i mam się dobrze (i to jak dobrze!) powrót nie przyniesie mi niczego dobrego.

W moim pożegnaniu nie było ani złości, ani strachu. Czułam, że im więcej byłoby we mnie obaw, tym szybciej wróciłabym do tego wszystkiego, w jakiejś dziwnej „konspiracji” przed sobą, a przecież obiecałam sama sobie prawdę i tylko prawdę w jedzeniu. Dlatego temu co jadłam wcześniej – buzi na do widzenia i rozstajemy się w przyjaźni 😉

Mięsa i wędlin nie brakowało mi zupełnie. Ich zapach bywał wręcz trudny do zniesienia. Ochota na białe pieczywo (pojawiająca się zwykle popołudniami lub wieczorem) była dla mnie sygnałem, że w ciągu dnia mój organizm czegoś dostał za mało albo że w ten sposób mówi mi o zmęczeniu. Dostawał wtedy płatki, orzechy, chrupki chleb czy jajko. I jakie to wszystko było sycące kiedy jadłam w zupełnej ciszy…

Cukier po prostu przestaliśmy kupować. Biały, brązowy – wszystko jedno. Cukier to cukier. Parę tygodni temu miałam okazję spróbować budyniu z cukrem. Po 1 łyżce miałam dość. Słodycze – wybrałam mądre i kontrolowane decyzje zamiast wiecznej (za nimi) tęsknoty. Daktyle, gorzka czekolada, chałwa – traktowane jak goście w domu już nie są „must have” do każdej kawy. I żadnego: „skończyło się… to kupię następne (opakowanie, tabliczkę). Mogłabym mieć otwarty abonament we wszystkich okolicznych sklepach ze słodyczami 😉 ale w tej pustce już byłam i wiem, że czekolada niestety nie zrozumie…

Jak odchudzanie mnie zmieniło?

Nie zmieniłam planety, nie przeniosłam się do wyimaginowanej rzeczywistości, w której wszystko byłoby świeże, zdrowe i bez konserwantów a na drzewach rosłyby czekoladki (bo jak wiadomo kakaowiec to roślina, zatem czekolada… i tak dalej ;). Coś się jednak zmieniło i teraz już widzę zależność między tym co jem i tym jak się czuję. I w drugą stronę też…

Żeby nie wrócić do labiryntu uzależnień (smutno, słodkie, tłuste, dużo, cokolwiek) zachowuję wybór i szukam następnego małego kroku jaki mogę zrobić. Czasem popołudniowe czy wieczorne godziny upływają mi na dotrwaniu od jednego małego kroku do kolejnego… Wiem też że tak jak dla cukru, tak też dla jakichkolwiek zapasów słodyczy nie ma u nas miejsca.

Domowe ciasto od Babci? Czasami tak. Naleśniki? Czasami tak. Budyń bez cukru? Czasami tak. Wybieram jedzenie odłożonej porcji, na siedząco, najlepiej w towarzystwie, zamiast – jak kiedyś – bezpośrednio z opakowania, na stojąco, w kuchni albo przed telewizorem…

Jeśli się uśmiechasz i nie wiesz, co za różnica i w czym problem – pozostań w tej radości jak najdłużej, gorąco Ci tego życzę 🙂

Schudnę do Sylwestra… którego?

Jeśli mam wytrwać i zachować radość życia 😉 nadal potrzebuję wyraźnych ram, „barierek”, ale przede wszystkim świadomości celu i czujności: kiedy jeszcze mogę się zastanawiać, a kiedy lepiej samej sobie powiedzieć wyraźne: nie.

Czasem lepsza będzie wewnętrzna zgoda na „trochę więcej” (od złości na siebie i na swoje ciało przez całą imprezę), czasem – zdecydowana granica, postawiona smakołykowi który dotychczas jadłam. Gorzka czekolada? Dobrze, ale przecież nie cała tabliczka…

Dlatego świetnie sprawdza się taki czas, który sama sobie wyznaczam na przerwy od czegoś. Na przykład od suszonych owoców. Od mleka do kawy. Takie moje małe „treningi wolności”, które pomagają mi rezygnować także w sytuacjach, w których wybór bywa trudniejszy. Trochę na zasadzie: z tamtym sobie poradziłam to i tutaj sobie poradzę. Bo mogę. Bo wiem jak znoszę taki „brak”.

4 komentarze

  1. Świetne są te twoje rozważania bardzo motywują i z chęcią je czytam. Dużo ważnych, trafnych i interesujących spostrzeżeń. Pozdrawiam cieplutko

      1. Tak tak czytam każdy twój wpis, Odżywiam się zdrowo i po twoim kursie odstawiłam słodycze tzn jadam swojej produkcji gdzie słodzidłem są przeważnie owoce i miód . Olu jestem moderatorką w grupie znaczy zdrowo i chętnie twoje teksty udostępniła bym na grupie, jednak prosiłabym o twoją zgodę. Na pewno pomogły by wielu wielu osobom. Jeżeli chodzi o mnie to wiesz, że do Ciebie trafiłam dzięki miłości do chodzenia z kijkami. Od lipca mam poważną kontuzję kolana i całkowity zakaz a i ból. 6 listopada idę na artroskopię i mam ogromne przekonanie że wrócę na właściwy tor już szczęśliwa mogąc uprawiać Nordic Walking .Pozdrawiam

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *