gdyby-nasze-cialo-potrafilo-mowic

James Hamblin: Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika

Nasze ciało oczywiście potrafi mówić – i robi to przez cały czas, wysyłając nam różne sygnały. Naszą rolą jest nauczyć się ich słuchać… i wierzyć im, bo intuicyjnie czujemy, co jest dla nas dobre, chociaż nie zawsze za tym głosem intuicji mamy odwagę pójść.

Ten „Podręcznik użytkownika” jest pełnym humoru przewodnikiem po naszym ciele, zawierającym odpowiedzi na najdziwniejsze nieraz pytania. Opowiem Ci o tych fragmentach, które wzbudziły we mnie największe emocje.

Twarz, makijaż, piękno?

Lubię delikatny makijaż. Doceniam jego profesjonalne wykonanie. Coś wydobywa, coś podkreśla, od czegoś odwraca uwagę. Pomaga nam czuć się pięknymi i zadbanymi. A wiesz gdzie ma swój początek? W eksperymencie Maksymiliana Faktorowicza (coś Ci mówi to nazwisko?) z 1909 roku. Pod pseudonimem Max Factor (robi się jaśniej…)

zasłynął jako producent kosmetyków, które sprzedawał przy okazji pseudonaukowego procesu „diagnozowania” anomalii ludzkich (głównie kobiecych) twarzy. Wykorzystywał do tego zaprojektowane przez siebie urządzenie zwane mikrometrem urody. (…) I wtedy – jak zachwalała jedna z ówczesnych reklam – z miejsca objawiały się wady w normalnych warunkach dla ludzkiego oka niemal niewidoczne. (s. 30)

Co było receptą na owe „anomalie”? Make-up oczywiście 🙂 Termin także wymyślony przez Factora.

Co mogę zrobić z tą wiedzą o początkach makijażu? Najlepszą wskazówką będzie pierwsza myśl, jaka przyjdzie Ci do głowy po lekturze tego cytatu 🙂 Wiesz jaka była moja? Że zbyt łatwo oddaję w cudze ręce swoje „mikrometry” – nie tylko urody. Przyjmuję cudze spojrzenie i zaczynam „poprawiać” coś, co dostrzegają inni.

Spojrzenie (opinia) drugiej osoby nie musi się wiązać z korzyścią, jaką ktoś chciałby odnieść sugerując mi, co „powinnam” poprawić. Rzecz w tym, co (i dlaczego) zaczynam zmieniać. Co staje się moim „make-upem”. Jak długo koryguję obraz widziany przez innych, tak długo jest to niekończąca się historia…

James Hamblin Gdyby nasze ciało potrafiło mówić

Nauczyć się… dostrzegania dobra?

Czasami może to być trudniejsze, ale… możemy się tego nauczyć tak jak uczymy się na przykład zapamiętywania dowcipów. O co chodzi? O emocje i nawyki myślowe, które możemy w sobie wyćwiczyć. Regularnie szukając radości w tym czego doświadczamy każdego dnia… wzmacniamy ścieżki neuronalne w naszym mózgu. Tak – chodzi o codzienną praktykę dostrzegania szklanki do połowy pełnej.

Jak? Mary Kay Morrison, przewodnicząca Towarzystwa Humoru Stosowanego i Terapeutycznego, Association for Applied and Therapeutic Humor, AATH, proponuje swoim studentom…

prowadzenie dzienniczka, w którym odnotowywaliby wszystko, co rozbawiło ich danego dnia. W jaki sposób zmienili potencjalnie niemiłą sytuację w przyjemne doznanie? (s. 157)

Co mogę zrobić z tą wiedzą? Mogę zacząć prowadzić swój „Dzienniczek wdzięczności”. Chociaż nigdy tego w ten sposób nie nazywałam, od początku odchudzania moje spojrzenie było zawsze skoncentrowane na dobru. I wtedy, gdy patrzyłam przed siebie, szukając możliwych dla mnie Małych Kroków, i wtedy, gdy wyciągałam wnioski z tego, co poszło nie tak.

Jelita jako źródło… motywacji?

w artykule opublikowanym w 2011 roku w „Nature Neuroscience” profesor z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles Emeran Mayer wyraził pogląd, że „wymiana komunikatów między układem pokarmowym i mózgiem” nie dotyczy jedynie trawienia, ale wpływa również na naszą „motywację i wyższe funkcje poznawcze, w tym na intuicyjne podejmowanie decyzji”, i że „zaburzenia tego układu mogą się wiązać z szeregiem innych dolegliwości, w tym funkcjonalnymi i zapalnymi chorobami żołądka i jelit, otyłością i zaburzeniami odżywiania”. (s. 161)

To było jedno z moich odkryć podczas Postu Daniela: jak bardzo jakość i sposób jedzenia wpływają na moje samopoczucie – nie tylko fizyczne. Także rezygnując ze słodyczy czułam się tak, jakbym odzyskiwała wolność, przestrzeń również w innych obszarach.

Co mogę zrobić z tą wiedzą? Spróbować 🙂 Sama lektura publikacji (a jest ich już bardzo dużo) na temat zależności: jelita – mózg nie zastąpi doświadczenia. Możesz zacząć od rzeczy najprostszej: notowania tego co jesz i jak się czujesz. Prowadziłam takie notatki na własny użytek podczas dwutygodniowego Postu Daniela. Chciałabyś, żebym podzieliła się nimi na blogu?

Zmęczony mózg woła: jeść!

David Dinges, szef wydziału chronobiologii na Uniwersytecie Pensylwanii, przeprowadził eksperyment, podczas którego uczestnikom ograniczono sen do 4 godzin na dobę. Grupa kontrolna mogła spać całe 7 godzin. Jakie były rezultaty?

W ciągu zaledwie pięciu dni osoby, którym ograniczono sen, przytyły średnio cały kilogram.„Te odbywane w środku nocy wycieczki do lodówki, kiedy ludzie mają ochotę na pizzę i tłuste dania, służą zaspokojeniu potrzeb naszego mózgu – wyjaśnia mi Dinges. To zupełnie tak, jakby po ograniczeniu snu mózg mówił nam: Umieram z głodu. Potrzebuję kalorii, które będę mógł szybko spalić”. (s. 166)

Z własnego doświadczenia, a także z wiadomości otrzymywanych od Was wiem, że w kontekście zdrowego jedzenia najtrudniejsze są popołudniowe i wieczorne godziny. Ten czas, kiedy wracamy do domu po całym dniu i wszystko w nas domaga się odpoczynku. Albo – gdy wszystkie codzienne zadania już za nami i mamy chwilę dla siebie…

Nazwałam sobie ten czas „codziennym zbieraniem owoców”, bo doskonale pokazuje, w jakim stopniu zadbałam o jakość i częstotliwość posiłków i odpowiednie nawodnienie. Przyznaję, że niejednokrotnie właśnie wtedy mój organizm „powtarzał mi” coś, co już sygnalizował w ciągu dnia i czasem za te błędy płaciłam: jedząc więcej niż potrzebowałam albo przegryzając coś w pośpiechu.

Wśród osób odchudzających się krąży takie powiedzenie, że klucz do sukcesu to położyć się spać zanim (znów) zachce się jeść 😉 W kontekście wyników powyższego badania to wcale nie jest głupi pomysł 🙂

Dlaczego rośliny?

Do czasu odchudzania mięso i wędliny były częścią moich codziennych posiłków. Uznając zastrzeżenia dotyczące ich przetwórstwa czy konserwantów uważałam je za pożywny i oczywisty element.

Zaczynając odchudzanie nie zakładałam całkowitej rezygnacji z mięsa, a jednak zauważyłam, że zupełnie mi go nie brakuje, więcej – że sam zapach wędlin staje się nieprzyjemny. Później poznałam założenia Postu Daniela według zaleceń Dr Ewy Dąbrowskiej a jeszcze później – publikacje Collina i Thomasa Campbellów, rekomendujących pełnoziarnistą dietę roślinną. Od tego czasu mięso jest jedynie (rzadkim) dodatkiem w moim menu.

Natura człowieka wręcz z miejsca wypiera się mięsożerności poprzez gładkość jego zębów, niewielki rozmiar ust, miękkość języka i słabe soki trawienne”. Plutarch napisał to na trzy wieki przed pierwszymi udokumentowanymi sekcjami ludzkich ciał, które umożliwiły greckim lekarzom stwierdzenie, że długość naszych przewodów pokarmowych jest równa dwunastokrotności naszego wzrostu. Długie jelita są cechą zwierząt roślinożernych, które trawią bogate w błonnik rośliny, podczas gdy zwierzęta mięsożerne, jak wilki czy niedźwiedzie, mają przewody pokarmowe kilkakrotnie krótsze od naszych, równe mniej więcej trzem długościom ich ciała. (s. 224)

I jeszcze:

„W którym momencie dieta zmienia się tak bardzo, że organizm nie jest w stanie za nią nadążyć? (antropolog Christina Warriner, Uniwersytet Oklahomy) Uważam, że ten moment nastąpił z chwilą pojawienia się żywności przetwarzanej na skalę przemysłową. (…) Na obecności błonnika w diecie korzystają przede wszystkim nasze drobnoustroje” – mówi Warriner. Zmniejszenie spożycia błonnika powoduje zmniejszenie różnorodności mikrobiomu, co „wiąże się z szeregiem konsekwencji dla naszego zdrowia”. Mięso nie zawiera błonnika, więc z tego punktu widzenia może stanowić jedynie niewielką część zdrowej diety. (s. 230)

Nawadnianie czyli co?

Na koniec zostawiłam prawdziwą perełkę. Odkąd czytam o zdrowym odżywianiu czy zdrowym stylu życia, pierwszy raz natknęłam się na tak obrazowe wyjaśnienie istoty przyjmowania odpowiedniej ilości płynów. Nie ma tu jednej, obowiązującej wszystkich bez wyjątku, ilości wody – choć oczywiście można się spotkać z informacjami typu: „przynajmniej 1,5 litra dziennie”, „minimum 2 litry dziennie” albo „30 ml na kilogram masy ciała”.

Nawadnianie nie polega na dostarczaniu do organizmu wody, ale na zapewnianiu organizmowi materiału potrzebnego do utrzymania równowagi. Ze wszystkim, co jemy, pijemy, wypacamy i wysikujemy nasze nerki radzą sobie popisowo. Jeżeli spożyjecie sól, wasze ciała zatrzymają wodę, żeby zapobiec nadmiernemu wzrostowi stężenia sodu we krwi. (Czulibyście się wtedy spragnieni). Nerki niemal zawsze potrafią utrzymać stężenie sodu we krwi na poziomie 140 milimoli tego pierwiastka na litr osocza. Niedopuszczanie do nadmiernego spadku lub wzrostu tego stężenia jest głównym sensem nawadniania, a co za tym idzie – życia. (s. 238)

Sporo tego… Co z tą wiedzą zrobić i od czego zacząć? Zacznij od jednej rzeczy, którą będziesz wplatać w swoją codzienność jak delikatną nić. Daj sobie czas na kształtowanie nowych nawyków i zachowaj cierpliwość, jaką miałabyś dla swojego dziecka albo dla przyjaciółki, która przyszłaby do Ciebie po radę.

Jeden Mały Krok będzie Cię mobilizował do kolejnych i stopniowo będziesz się uczyła słuchać (i słyszeć) sygnały wysyłane przez Twój organizm. Wybierz to działanie, które ocenisz jako najbardziej możliwe i… zacznij od dostrzeżenia, ile już zrobiłaś dla siebie w tej dziedzinie, wtedy początek będzie jeszcze łatwiejszy.

Dr James Hamblin: Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika.
Przełożył Jacek Konieczny.
Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2018

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *