kiedy-zaczyna-sie-zmiana

Kiedy zaczyna się zmiana? Model Prochaski i DiClemente

Twoja zmiana zacznie się dokładnie wtedy… gdy będziesz na nią gotowa. Wszystko, co dzieje się wcześniej, przygotowuje Cię i ma swój sens, nawet jeśli w tej chwili jeszcze go nie dostrzegasz. Na tym mogłabym zakończyć wpis 😉

Wiem że wiele jest takich sytuacji, gdy drogę do zmian chciałoby się pokonywać szybciej, efekty widzieć już teraz, a przez trudności przebiegać z szybkością światła. Za to tym, co przyjemne, chciałybyśmy cieszyć się jak najdłużej – wtedy już w ogóle czas mógłby się zatrzymać. Tylko osiąść na laurach i pachnieć 😉

Wszystkie nasze marzenia, tęsknoty i chęci związane ze zmianą w życiu (zrzuceniem kilogramów, przyswajaniem nowych nawyków, uczeniem się jak jeść możliwie najzdrowiej), mają nie tylko swoją wagę, znaczenie i miejsce. Mają też swoje nazwy w tak zwanym modelu stadialnym Prochaski i DiClemente (1992). Który z nich jest Ci teraz najbliższy?

Etap prekontemplacji to czas który można by określić słowami: „nie wiem i dobrze mi z tym”. Nie wiem, że mogłabym jeść inaczej, nie mam też potrzeby zmieniania czegokolwiek w swoim trybie życia. Ktoś odstawia słodycze? Widocznie ma problem – mnie to nie dotyczy. Ktoś zaprasza mnie do wspólnych spacerów, kijków, chodzenia na kobiecą siłownię? Niech sobie chodzi, to nie moja bajka. Ktoś delikatnie sugeruje mi, że może trochę za dużo tego cukru do kawy? O co mu chodzi, niech się zajmie swoimi problemami…

Gdybyśmy mieli znaleźć swoje miejsce na tarczy strzelniczej, byłyby to te najbardziej zewnętrzne okręgi albo obszar całkowicie poza nią. W czasach mojej podstawówki funkcjonowało określenie: „mówisz do mnie czy koło mnie?”, które idealnie oddaje ten stan.

Na etapie kontemplacji zmiana pojawia się w planach na przestrzeni najbliższych 6 miesięcy. Już wiem że to mnie dotyczy i zaczynam się zastanawiać, co i jak zmienić. Widzę dolatujące „lotki”, chociaż ciągle lądują gdzieś daleko ode mnie. To taki czas gdy dopuszczam do siebie myśl, że „być może coś w tym jest”, może to nie jest tak całkowicie „koło mnie”. Jeszcze nie wiem, co zmienię i w jaki sposób, ale dopuszczam taką możliwość. Już nie jestem „ślepa i głucha” na sygnały wysyłane przez bliskich, cięta riposta która miała być odpowiedzią na uwagę dotyczącą mojego słodkiego śniadania, zamiera mi na ustach. Już je otwieram żeby odgryźć się celnym strzałem, jednak kończy się nabraniem powietrza: a może on ma rację? Może to naprawdę nie jest dobre dla mojego zdrowia? Właściwie chciałabym inaczej…

Stadium przygotowania „przesuwa” mnie bliżej środka. Perspektywa zmian to najbliższy miesiąc. Tu pojawia się bardzo ważny element. To intencja, czyli: chcę, zamierzam. Zobacz jaka to długa droga od pierwotnego: „nie wiem i dobrze mi z tym”. Teraz już wiem, widzę potrzebę zmiany. Co więcej: chcę jej. Bez tego mojego „chcę” nikt i nic nie zmusi mnie do zmiany. Bez tego mojego „chcę” nawet działania, które podejmę, pozostaną „na zewnątrz” mnie, bo będę czuła, że to jest czyjś pomysł (albo wymysł), czyjeś zdanie a nie moja potrzeba. Tylko to, co wypływa ze środka, będzie autentyczne. Tylko o to będę gotowa się starać, nad tym pracować i jeśli trzeba – modyfikować zamiast porzucania. Tylko to będzie trwałe. Jeśli w swojej wędrówce do zmiany nie dojdę tutaj, nie dojdę nigdzie. Może nawet zrobię dużo, żeby zachować pozory, ale przy pierwszych trudnościach (cóż za doskonały pretekst!) ucieknę gdzie pieprz rośnie.

Kolejny etap to podjęcie aktywności. Działam, zdobywam nowe doświadczenia, uczę się siebie. To czas, gdy codzienność sprawdza moje „chcę”. Jeśli tam jest, jeśli mam się do czego odwołać, pomoże mi znaleźć rozwiązanie gdy plany okażą się nieadekwatne w stosunku do rzeczywistości. Kiedy pojawią się pierwsze oznaki zniechęcenia, moje najgłębsze „chcę” przypomni mi, dlaczego zaczęłam. Jeśli efekty będą nie takie jak oczekiwałam albo nie tak szybko jak chciałabym je widzieć, mocne „chcę” zapewni mnie, że przecież warto i pomoże cierpliwie czekać działając.

Pomiędzy moim „chcę” a pierwszymi działaniami upłynęło zaledwie kilka godzin – jedno i drugie miało miejsce 2 kwietnia 2016 roku. Dlaczego? Być może etap kontemplacji trwał już tak długo, że wszystko we mnie „wyrywało się” do działania. Z pewnością byłam też zmęczona wcześniejszymi – powtarzającymi się przez lata – nieskutecznymi próbami odchudzania i bardzo chciałam, żeby tym razem możliwe było to, co tak długo wydawało się nieosiągalne… Wiem że nawet jeśli jadąc na tamte kwietniowe warsztaty nie planowałam jakichkolwiek zmian trybu życia, mój organizm skrzętnie pozbierał wszelkie informacje, resztki motywacji, drobinki marzeń ocalone w bitwach i zrobił z nich użytek. W jednej chwili podjęłam decyzję, wokół której „krążyłam” od lat.

Twoje „chcę” stanie się magnesem przyciągającym najdrobniejsze cząsteczki marzeń, doświadczeń, informacji, rozmów, pytań. Może nawet to, co w Twoich oczach daremne i przegrane będzie tą drobinką najsilniej przyciąganą przez „magnes”. I nie dowiesz się tego, nie rozpoznasz w momencie trudu. Zobaczysz ten paradoks może dopiero z perspektywy czasu. Właśnie tego czasu, którego Twój organizm będzie potrzebował, żeby być gotowym na zmianę.

Gdy działania zostały podjęte, nadchodzi etap utrzymywania zmian. To czas około 6 miesięcy od rozpoczęcia. Nowe nawyki powoli zapuszczają korzenie w naszej codzienności. To co było „dziwne” – tak dla nas, jak dla naszego otoczenia – staje się zwyczajne, oczywiste, oczekiwane. Według Autorek „Psychologii zdrowia” (Ireny Heszen i Heleny Sęk) „Gdy zachowanie zostanie utrwalone i staje się trwałym elementem stylu życia człowieka, cały proces się kończy” (s. 131), myślę jednak że codzienność jeszcze nie raz zapyta: „hej motywacjo, jesteś tam?” i wtedy nasz dobry znajomy, nasze „chcę” wyskoczy jak z procy albo zacznie się budzić z zimowego snu – w zależności od tego, w jakim stanie je zostawiliśmy. Im częściej wysyłałyśmy mu sygnały, że jest nam potrzebne, tym mniejsze miało szanse na zagrzebanie się w swojej „norce”.

W sytuacji wychodzenia z uzależnień następuje tu jeszcze etap nawrotu. Dla mnie, od ponad dwóch lat utrwalającej nawyki jedzenia zdrowo i mądrze to takie dni czy wydarzenia, gdy czuję że najłatwiej byłoby jeść i żyć tak jak kiedyś. Oczywiście wiem że pozornie najłatwiej… Takie momenty gdy mam ochotę wyciągnąć białą flagę pojawiają się w towarzystwie zmęczenia, rezygnacji, trudności czy zwykłego lenistwa. Jeśli odpuszczam jedno (np. nie ćwiczę 2-3 dni pod rząd) widzę że granica, której nie chciałam przekraczać, robi się niebezpiecznie cienka, a ochota na słodkie i niezdrowe macha z oddali ochoczo ruszając w moją stronę w towarzystwie trudnych emocji.

Jeśli pojawia się w takim gronie, żegnam ją czasem nawet już przy półkach w sklepie. Jeśli zmierza do mnie sama, na przykład podczas spotkania czy rodzinnej uroczystości, nie wyganiam, ale wtedy to ja dyktuję warunki 🙂

Bądź cierpliwa na swojej drodze do zmiany – wszystkie drobinki, które ocalisz, znajdą swoje miejsce.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *