kto-decyduje-co-jem

Kto decyduje co jem?

Ostatnio bywam świadkiem wielu rozmów – i sama w nich uczestniczę – dotyczących wpływu zachowania i przyzwyczajeń innych osób na nasze własne wybory. Mam oczywiście na myśli zwyczaje związane z jedzeniem, do których mniej lub bardziej dostosowujemy się w pracy czy na uczelni.

Wiem jak trudno jest pozostać przy swoich postanowieniach, gdy przez kilka czy kilkanaście godzin dziennie wszyscy wokół nas jedzą tak jak my już nie chcemy a swoim zdziwieniem, namowami czy brakiem zrozumienia osłabiają w nas to, co z każdym dniem wydaje się coraz bardziej kruche…

Przyznaję też (ze wstydem) że sama byłam taką osobą, „wierzgającą” przy każdej próbie wytłumaczenia mi na przykład, że 3 drożdżówki na drugie śniadanie to nie jest dobry pomysł…

Patrząc z zewnątrz można by stwierdzić: „nie zwracaj uwagi na innych, rób swoje”, tyle że to nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza gdy oprócz słów docierają do nas smakowite zapachy i niezapomniane wrażenia wzrokowe…

Co mogę wtedy zrobić? Mogę odpuścić. Nie żartuję. Myślę że takie spokojne przyznanie, że w pracy czy tam gdzie jem poza domem na tę chwilę nie jestem w stanie jeść tak jak w domu będzie lepsze niż codzienne pretensje do samej siebie, zaczynające się od słów: „znowu…” albo „jestem…”. Może potrzebuję na to więcej czasu. Może lepszym rozwiązaniem dla mnie będzie stopniowa zmiana. Może przyjdzie mi do głowy pomysł, którego do tej pory nie brałam pod uwagę…

Mogę też „wziąć to na chłodno” i spokojnie w domu zastanowić się, z czego jestem w stanie zrezygnować. Jeśli kawa jest biurowym „rytuałem” to może codzienne ciasteczko do niej już nim dla mnie nie będzie? Jeśli w czasie przerwy obiadowej wszyscy zamawiają frytki i schabowego, może wybiorę inne danie? Mogę się wtedy zdziwić, ile osób pójdzie za moim przykładem, na co do tej pory nie miało odwagi albo odsuwało tę decyzję…

Krótka przerwa na posiłek w połączeniu z głodem nie tworzą najbardziej sprzyjających warunków do podejmowania dobrych decyzji żywieniowych. Nie ma co się oszukiwać – jeśli wcześniej nie zdecyduję, czego się trzymam, w takim momencie polegnę. To nie będzie wybór. To będzie poddanie się temu co jest najszybciej i najbliżej. Moim „dowódcą” będzie brzuch, nie mózg. Będę słyszała tylko: „zjeść coś jak najszybciej” a nie: „zjeść zdrowo i dobrze”.

Co w takim razie zależy ode mnie? Gdzie tu miejsce na mądre decyzje, skoro ciągle jestem pomiędzy tym co „inni” a swoim własnym głodem?

Mój sposób jedzenia zależy ode mnie i im szybciej to sobie uświadomię, tym zdrowiej dla mnie. Dosłownie. Mogę wpatrywać się w najbardziej przyciągające wzrok smakołyki, mogę czuć niebiańskie zapachy… i nie czuć przymusu natychmiastowego zjedzenia tego co czuję albo na co patrzę. Jak?

Kiedy nauczę mój mądry organizm, że zaspokoję jego głód tym co dla niego możliwie najzdrowsze w danych okolicznościach. Tak – moje ciało będzie potrzebowało czasu żeby – mówiąc obrazowo – nabrać do mnie zaufania po miesiącach (albo latach) karmienia „czymkolwiek”.

Bo przetworzone jedzenie, słodycze, produkty z białej mąki czy te wszystkie „fast” dla mojego systemu trawiennego to było właśnie „cokolwiek”. Zabierał się za to z głodem i nadzieją wydobycia czegoś cennego dla całego organizmu i posiłek za posiłkiem, zdegustowany, stopniowo przestawał wierzyć że dostanie wreszcie coś takiego, z czego będzie mógł zrobić użytek…

Emocje przypisywane układowi trawiennemu to oczywiście moja fantazja 😉 ale taki obraz bardzo do mnie przemawia – to przecież nie jest jakiś odrębny „byt” egzystujący gdzieś daleko ode mnie, ale część mnie samej!

Nikt mnie nie zmusi do zjedzenia czegoś, czego nie chcę, co mi szkodzi, dlatego ja i tylko ja decyduję, jak będzie wyglądał mój posiłek. Czym poczęstuję mój organizm, jakie „paliwo” mu zaproponuję.

Gdy zacznę karmić go (siebie!) takimi porcjami, tak często i tak wartościowymi produktami, z których naprawdę będzie mógł zrobić użytek (i pożytek) zamiast konieczności zużywania ogromnych pokładów energii na jakiś nędzny „recycling” z tego co dostaje ode mnie, odwdzięczy mi się zaufaniem, cierpliwością i takimi sygnałami, które będę w stanie usłyszeć zanim będzie już na granicy utraty sił.

Jak zareagowałybyśmy w sytuacji oczekiwania, żeby z „tony śmieci” przygotować coś rewelacyjnego i to nie jednorazowo, ale dzień po dniu, przez wiele lat? Mój organizm latami znosił właśnie taką sytuację…

Co się zmieniło? Zaczęłam słyszeć jego subtelniejsze sygnały, które pozwoliły mi odzyskać kontrolę nad tym co, jak i jak często jem. Dodam – bo to bardzo ważne – nawet jeśli jem coś słodkiego, jestem poza domem albo okazuje się, że produktów na drogę wzięłam za mało.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *