Miedzy-zelazna-konsekwencja-a-dobrocia-dla-siebie

Między żelazną konsekwencją a dobrocią dla siebie

Kiedy rozmawiam z dawno niewidzianą znajomą, prędzej czy później (im dłużej się nie widziałyśmy, tym szybciej padają takie pytania) pojawia się zainteresowanie początkami mojej zmiany. Oscylują wokół „jak to zrobiłaś?”, ale z domieszką zdziwienia, czasem niedowierzania że aż tyle (schudłam), podziwu (mmm… bardzo to lubię 🙂 ) i wyłaniającego się westchnienia: też bym tak chciała…

Czasem w tej emocjonalnej mieszance znajduje się jeszcze przekonanie (skąd ono się bierze?) że narzuciłam sobie jakieś żelazne ograniczenia których ściśle przestrzegam i od których nie odstąpię ani na krok.

Miałam kiedyś identyczne odczucia w odniesieniu do znajomych których spotykałam po latach jako dużo szczuplejszych i… czasem rezygnowałam z pytań „jak?” żeby znów nie poczuć się tak beznadziejnie bezsilną i nie zostać z tym przekonaniem, że wszystko super, ale u mnie i tak nie zadziała.

Czasem po takiej rozmowie czułam w sobie złość… i zazdrość. Bo komuś się udało, a mnie nie. Bo ktoś dał radę, a ja odpuściłam. Bo „ktosia” wyglądała pięknie w mini, a ja wracałam do swoich ekstremalnie długich spódnic. A „na pocieszenie” także do słodkości, które kupowałam często jeszcze w drodze powrotnej ze spotkania.

Między jednym a drugim (dziesiątym, setnym) słodkim „gryzem” zastanawiałam się, dlaczego ciągle mi się nie udaje (schudnąć) skoro potrafię być konsekwentna i wytrwała w innych dziedzinach? Co robię nie tak?

Czy narzuciłam sobie nierealne oczekiwania? Nie wybiegałam marzeniami poza skromne „choćby 5 kg mniej”. Jadłam za dużo? Przecież tyle razy próbowałam jeść mniej, nawet jeśli kończyło się to głodem. A w ogóle po co mi ten cały sport i bezsensowny wysiłek, z którego nic nie mam poza koszmarnym zmęczeniem?

Opowieści o nartach, meczach, tenisie, wycieczkach w góry, bieganiu, pływaniu czy jakimkolwiek innym rodzaju aktywności przyjmowałam jak relację z kosmosu: fajnie że tam jest fajnie, ale raczej nigdy się tam nie znajdę. Nie moja bajka – nie warto się męczyć.

Przyznaję: czas moich studiów czyli końcówka lat 90-tych to nie był okres kiedy zdrowy styl życia byłby szczególnie modny czy ważny a uczelniane obiady czy sklepiki pełne były produktów które miały po prostu szybko nasycić. Kupowałam je przekonana, że jem dobrze, bo drożdżówka to przecież taki ładny kompromis między bułką a „czymś słodkim”, prawda?

Patrząc z perspektywy czasu wiem, że albo stosowałam dobre zasady przy niedobrych produktach (zjeść zamiast siedzieć głodna na zajęciach – tak, zjeść dwie drożdżówki z batonem i słodzoną herbatą – właśnie…) albo źle rozumiejąc równowagę próbowałam „wytrzymać” jak najdłużej bez jedzenia, kończąc dzień późnym obiadem w domu, a po nim jeszcze deserem, bo coś słodkiego zawsze musiało się znaleźć.

Z grubsza miałam pojęcie jakie jedzonko jest zdrowe czy choćby zdrowsze, ale już o tym jaki będzie miało wpływ na moje samopoczucie nie wiedziałam nic a o znanych mi długofalowych skutkach pochłaniania słodyczy wolałam nie pamiętać.

Jak się to wszystko ma do tytułowej żelaznej konsekwencji, o którą podejrzewają mnie rozmówcy? Być może w tym miejscu powinny się pojawić słowa podsumowujące przepaść między moim dawnym życiem, kiedy jadłam jak chciałam i pławiłam się w niewiedzy, a obecnym, nacechowanym samodyscypliną, tabelkami kalorii i rozpiską ćwiczeń.

Uśmiechasz się czytając to, prawda? A ja uśmiecham się pisząc – bo ani wtedy nie jadłam jak chciałam, ani teraz nie siedzę w tabelkach 🙂

Mam wrażenie że odkryłam ścieżkę. Jeśli wyobrazisz sobie „żelazną konsekwencję” jak górską ściankę z jednej strony, a ten studencki czas jak pola i łąki, po których możesz hasać 😉 to idę pewnie i spokojnie gdzieś pomiędzy nimi.

Moja ścieżka to zasady niezmienne: nawyki takie jak woda czy ruch, „nieistnienie” produktów kupowanych kiedyś „taśmowo”, świadome, a nie emocjonalne sięganie po słodycze. Kiedy czuję że niebezpiecznie zbliżam się do dawnego stylu życia, robię jedną małą rzecz która pomaga mi wrócić bliżej „ścianki”. Kiedy zmęczenie albo narzucone tempo zaczynają mnie denerwować, zatrzymuję się i robię dla siebie coś dobrego, co dla mnie ma status: szczególne.

I nie jest to już wielkie ciacho z kremem 😉 chociaż przyznaję: jeśli kiedyś stwierdzę, że właśnie na to mam ochotę – pójdę na nie starannie wybierając miejsce 🙂

To chyba największa różnica: „szczególne” już nie musi być jedzenie. To może być czas ciszy – z kawą i w ulubionym domowym kąciku. Taniec. Spacer. Albo dłuuuugo wybierany żel pod prysznic 🙂

Czy jestem konsekwentna? Tak – jestem konsekwentnie dobra dla siebie, bo to „projekt” długofalowy 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *