https://www.zaczynamteraz.pl/nordic-walking-jak-odpoczywam-podczas-marszu/

Nordic Walking: jak odpoczywam podczas marszu

Najpierw poczułam, jak łatwo mi się chodzi z kijkami. Pierwsze odkrycie wiosną 2016 roku było zdumieniem, że przeszłam długi jak na siebie dystans nie odczuwając zmęczenia. Nie bolały mnie nogi, nie bolał kręgosłup, czułam tylko endorfiny rozruszanego ciała. To był spacer z Mężem po Lasku Bielańskim. Pożyczył mi wtedy swoje kijki i już mu ich nie oddałam do końca marszu 😉

Mój kolejny „wyczyn” to jakieś 8(9?) kilometrów wałem nad Wisłą. Ależ ja wtedy byłam z siebie dumna! 🙂 Wróciłam nieziemsko zmęczona, ale już wtedy zaczynałam nieśmiało marzyć o tym, żeby chodzić z kijkami częściej, żeby stały się moim sposobem na odchudzanie. Pamiętam, jak liczyłam – ile będę w stanie schudnąć do lata 😉

To był niemal „plan idealny” przewidujący codzienne marsze o tej samej długości i codzienny spadek wagi o tę samą ilość kilogramów 😉 Uśmiechasz się czytając to, prawda? Ja teraz też się uśmiecham 🙂 Jeszcze wtedy nie zastanawiałam się

Co daje Nordic Walking

tylko cieszyłam się z prozaicznego odkrycia aktywności fizycznej, która mnie nie złości. Nie wiem czy też tak masz, ale u mnie zmęczenie szybko przechodzi w złość. Tak też kojarzą mi się wszelkie biegi czy inne pomysły nauczycieli WF-u ze szkoły podstawowej.

Marsz z kijkami nie powodował mojego wyczerpania. Nie traciłam oddechu, nie robiłam się czerwieniutka na twarzy, nie zaczynałam źle myśleć o sobie. Bo lekcje WF-u niestety tym się zwykle kończyły. Listą kolejnych argumentów upewniających mnie, że mam beznadziejną kondycję i że tak już będzie zawsze.

Nordic Walking obudził we mnie „długodystansowca”. Stwierdzałam ze spokojem, że tak jak inni lubią szybki, intensywny wysiłek, tak być może ja jestem z gatunku tych, którzy wolą dłuższy, ale mniej intensywny sport. Teraz już wiem, że także maszerując z kijkami można narzucić sobie niezłe tempo, ale mnie osobiście bardziej odpowiada umiarkowane, połączone z rozmyślaniem 🙂

Przychodziłam do domu i wszystko było inne – ja byłam inna. Znasz to uczucie, gdy nagle widzisz jakieś rozwiązanie, pomysł, sposób, którego wcześniej nie dostrzegałaś? Jakby otwarły się przed Tobą jakieś drzwi? Właśnie tak się czułam – zaczęłam dostrzegać dziesiątki pootwieranych drzwi z tak różnych dziedzin i etapów mojego życia, że aż nie do wiary.

Tak, z przeszłości też. „Zamykałam” w sobie sprawy i zdarzenia, których do tej pory sama w sobie nie umiałam poukładać. Przebaczałam, cieszyłam się, modliłam i płakałam, śmiałam się głośno i dziękowałam za wszystko, co było.

Codzienne wakacyjne marsze i porządek jaki w sobie widziałam wydobył ze mnie odwagę, żeby zrobić coś co było dla mnie jak kamień milowy w wychodzeniu ze strefy komfortu. Kurs instruktora Nordic Walking. Jak by na to nie spojrzeć – sportowy kurs. Ja, patrząca na siebie jak na „kuleczkę”, na sportowym kursie? Gdybym wiedziała, że będą w nim uczestniczyć nauczyciele WF-u, którzy narzucą niezłe tempo w Lesie Kabackim, pewnie bym się bała 😉 Ale nie wiedziałam, nie zdążyłam się „pobać” i dzięki kondycji wypracowanej w czasie wakacji, we wrześniu dotrzymałam im tempa 🙂
Zakończeniem były ćwiczenia na wdzięcznych przyrządach o nazwie gymstick. Radocha proporcjonalna do zakwasów następnego dnia 😉 Od tego kursu zaczęła się dla mnie prawdziwa

Nauka Nordic Walking

podczas maszerowania ulubioną trasą przez most. Już wiedziałam, że od leśnych ścieżek wolę asfalt , bo do takiej nawierzchni się przyzwyczaiłam.

Każdego dnia skupiałam się na jednym elemencie – patrzeniu prosto przed siebie (zamiast pod nogi), prostych łokciach, prawidłowym odbiciu stopy czy odepchnięciu kija. Pozostałam przy tym, co wypracowałam i czego się nauczyłam, bez wewnętrznego przymusu, żeby „szlifować” technikę.

Teraz nauka Nordic Walking to dla mnie uczenie się siebie podczas wysiłku. Tempo marszu pokazuje bezbłędnie, w jakiej kondycji jestem. Nie powoduje to u mnie nawet cienia stresu 😉 Najczęściej potwierdza to, co już o sobie wiem – wolniejsze tempo po dłuższej przerwie, trudniejszy marsz w godzinach popołudniowych czy większe zmęczenie w trzeciej fazie cyklu.

Doświadczenie poznawania siebie także od tej strony, odczuwania i świadomości własnego ciała są przy tym bezcenne. Wiesz – gdyby ktoś powiedział tej kilkunastoletniej, zakompleksionej Oli, opuszczającej z ulgą salę gimnastyczną w podstawówce, że kiedyś będzie lubiła wysiłek fizyczny – nie uwierzyłaby(m).

Wiem, że lekcje WF-u wyglądają dziś inaczej niż 30 lat temu (ależ ja jestem młoda! 😉 ) ale jeśli masz szczęście pracować z nastolatkami jako osoba, której zadaniem jest obudzić w nich radość aktywności fizycznej (bo to jedno z ważniejszych zadań nauczyciela WF-u, prawda?), przypomnij sobie proszę te moje wynurzenia gdy dopadnie Cię zawodowy kryzys… Albo przypomnij sobie wcześniej, żeby zobaczyć, jak dużą rolę możesz odegrać w życiu niejednego dziecka.

Z jednego zdania powstała dygresja – może nawet na osobny wpis… Tymczasem

Efekty Nordic Walking

widzę cały czas i są cudownym doświadczeniem. Napiszę Ci o nich tak jak się pojawiały. Teraz przeplatają się i wracają, dzięki czemu kijkowe marsze ciągle przynoszą mi świeżą radość.

Zdziwienie
było pierwsze – już to wiesz. Zdziwienie sobą, radością wysiłku. Doświadczeniem, które zakopałam jako „niemożliwe”, „nie dla mnie”.

Zrozumienie
dla tych wszystkich osób, od których na różnych etapach swojego życia słyszałam, że lubią jakiś sport, że się nim cieszą, że pokonują czasem wiele przeszkód (czasowych, logistyczych czy innych) żeby tę swoją ulubioną dyscyplinę uprawiać – nawet niekoniecznie zawodowo. Do tej pory „radość” i „sport” były w mojej świadomości tak od siebie odległe jak… wymyśl sobie jakieś przeciwieństwa 😉

Świadomość siebie
można być daleko od siebie? Można – ale widać to dopiero wtedy, gdy już się jest blisko 🙂 Myślę że można tak trwać nawet latami i nie musi to być związane z żadnymi traumatycznymi przeżyciami. Czasem po prostu jest wynikiem niewiedzy, że można inaczej. U mnie zaczęło się od radości odczuwania swojego ciała, a spacery z kijkami pozwoliły „dokopywać się” do tego, co naprawdę ważne, niezmienne, niezależnie od codziennych problemów czy aktualnych pytań. Z każdego spaceru wracam z wdzięcznością za to, gdzie jestem. Świadoma tego, co czuję, w zgodzie ze sobą, gotowa do działania i z głową pełną pomysłów.

Niższa waga
dopiero tutaj – na czwartym miejscu? Dopiero tutaj – bo bez wcześniejszych elementów i odkryć zapewne nie byłabym tak wytrwała, aby regularnością marszów doprowadzić do chudnięcia. Być może gdybym skupiała się na jak najszybszej utracie wagi nie odnalazłabym zrozumienia dla aktywnych sportowo, nie poznawałabym siebie w takim stopniu…

Jak odpoczywam podczas marszu? Dobierając tempo do nastroju. Ciesząc się chwilą. Dostrzegając drogę, jaką przeszłam – nie tylko od tej jednej małej decyzji dotyczącej wieczornej czekolady ale i od innych ważnych dla mnie chwil.

Za każdym razem, gdy zaczynam się „martwić” czymś co będzie, czymś, na co nie mam wpływu, przywołuję swoje myśli do teraźniejszości. Próbowałaś tak kiedyś? Aż się dziwię, jakie to częste i ile czasem wysiłku wymaga 😉

Taka konsekwencja pozwoliła mi niedawno odkryć, że pamiętam (na ogół) te chwile, które przeżywam świadomie. Próbuję więc to moje skupienie na teraźniejszości przenosić także na inne elementy dnia.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *