nordic-walking-moja-dluga-droga

Nordic Walking: moja długa droga

Kiedy schyliłam się po raz pierwszy, ból w kręgosłupie wydał mi się nieznośny, ale przy drugim schyleniu okazało się, że skala bólu może być większa niż sądziłam. To się stało w kuchni podczas leniwego, rodzinnego, sobotniego przedpołudnia.

Bałam się wyprostować, bałam się ruszyć. Miałam wrażenie że cokolwiek zrobię, będzie jeszcze gorzej. Pamiętam siebie na kuchennym stole – to było takie stanie-leżenie w jedynej pozycji, w której nie bolało. Z pomocą Męża udało mi się jakoś „doczłapać” do łóżka. Instynktownie próbowałam się ułożyć w taki sposób żeby chociaż bolało jak najmniej.

Byłam przerażona. Nie wiedziałam co się stało i co będzie dalej. Ból w kręgosłupie czułam od jakiegoś czasu, ale zawsze mijał, a ja wracałam do swoich nawyków: schylania się, podnoszenia ciężkich rzeczy z ugiętymi plecami, zakładania „nogi na nogę” podczas siedzenia. Siedzenia… to była moja podstawowa pozycja w ciągu dnia. No i ta rosnąca waga z którą nic nie robiłam…

To było 6 lat temu. Dokładnie 22 listopada 2011 roku został wypisany pierwszy dokument rozpoczynający moją „kręgosłupową” historię: „Karta Wizyty Domowej Wyjazdowej Pomocy Doraźnej” wypełniona przez lekarkę pogotowia.

Zastrzyk. Słowa które pamiętam do dziś: „Jeśli nie będzie Pani mogła stanąć na palcach, zabieramy Panią do szpitala.” Stanąć na palcach – jakie to (było) proste jeszcze wczoraj… Dziś wydaje się osiągnięciem na miarę wyczynu sportowego. Boję się to zrobić (czy znowu zaboli mimo zastrzyku?) i przytłacza mnie myśl ile od tej prostej czynności zależy. Długo zbieram się w sobie i widzę ile to panią doktor kosztuje cierpliwości…

Kiedy w końcu mi się udaje, czuję taką ulgę którą trudno mi porównać z czymkolwiek innym… Stanęłam na palcach i na piętach. To znaczy że może nie jest tak źle (jak myślałam). Mogę zostać w domu. Tak – będę robić wszystko co pani doktor zaleca.

Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkim szczęściem jest możliwość chodzenia. To takie proste – wstać i pójść tam gdzie chcę. Usiąść. Pójść do kuchni. Te kilka dni kiedy mogę tylko leżeć wiele mnie uczą. O sobie samej. O moim strachu. O dobroci najbliższych, których proszę teraz o wszystko.

Kiedy leki zaczynają działać, mogę – a nawet powinnam – zacząć wstawać. Boję się znów poczuć te palące igły w plecach. Moje wstawanie przypomina film w zwolnionym tempie: podnieść się powoli na prawej ręce, ostrożnie usiąść, przytrzymać się mocno krzesła stojącego tuż obok łóżka…

Krzesło – szafka – futryna drzwi. Moje „uchwyty bezpieczeństwa”, minimalizujące strach. Nagle odległość od łóżka do drzwi wydaje się ogromna – nie pokonam jej bez pomocy czegokolwiek stabilnego, czego będę się mogła przytrzymać. Kiedy pierwszy raz od „tamtej” soboty przychodzę sama do kuchni, od moich Domowników dostaję brawa…

Jaki świat jest piękny „w pionie”! Mogę chodzić! Chodzę i nie boli! Mogę samodzielnie poruszać się po mieszkaniu – jaka jestem szczęśliwa!

Przede mną długa droga, której zaczynam się domyślać: wizyta u ortopedy, jakieś leki, jakieś ćwiczenia, jakieś zmiany… Jeszcze o nich nie wiem i nawet nie przeczuwam, jak się wpiszą w moją codzienność.

Podczas kolejnych wizyt u ortopedy słyszę o zbawiennym wpływie Nordic Walking, ale powiedzieć że lekceważę te zalecenia to mało. Słyszę je, ale wewnętrznie przyjmuję jak nastolatek wszelkie dobre rady: „tak, jasne…”

Na pierwsze rehabilitacyjne ćwiczenia idę prywatnie (idę!). Za jakiś czas dowiem się że w pobliskiej przychodni jest sala ze sprzętem i fizjoterapia. I że naprawdę warto, chociaż czas oczekiwania na zabiegi w ramach NFZ jest… dość długi.

Tamtego listopadowego dnia jeszcze nie wiem, jak bardzo te „ćwiczenia na kręgosłup” przyczynią się nie tylko do mojego samopoczucia, codzienności bez bólu kręgosłupa, ale i do utrzymania wagi zimą, kiedy tak trudno się zmobilizować do wyjścia na kijki…

Kijki… minie 5 długich lat zanim wezmę je do ręki (dzięki mojemu Mężowi) i na własnej skórze przekonam się, jak mi z nimi wygodnie, lekko, jak bardzo „po drodze” 🙂 Zmienią moje pojęcie aktywności fizycznej, moje rozumienie zmęczenia i moje przekonanie, że bez tabletek na ból kręgosłupa nie da się funkcjonować.

Dzisiaj – dokładnie 6 lat od tamtej listopadowej soboty – wracam do wspomnień i czuję jak zmienia mi się perspektywa. Nie chce mi się wyjść z domu? Ale mogę chodzić. Mogę codziennie rano ćwiczyć to czego uczę się na rehabilitacji. Nie dla mnie siłownia, ale i bez niej mogę dbać o swój kręgosłup. O swoje ciało. O swoją wagę.

2 komentarze

  1. Olu, jak Ty pięknie opisałaś swój stan. Dokładnie to samo przytrafiło mi się w te wakacje i wiem jaki to ból. Jesteś bardzo dzielną dziewczyną.
    Pozdrawiam,wierna czytelniczka Ania

    1. O, to u Ciebie Aniu świeże przeżycia… Oj nie byłam dzielna, panikowałam mocno… Mam nadzieję że udało Ci się rozpocząć gdzieś ćwiczenia. Trzymaj się Wierna Czytelniczko 🙂 siła jest w Tobie! 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *