odchudzanie-w-zasiegu-reki-6-sposobow-na-poczatek

Odchudzanie w zasięgu ręki: 6 sposobów na początek

Za daleko, za drogo, za dużo wysiłku, za mało czasu… Gdyby zgromadzić wszystkie powody, które przez lata zniechęcały mnie do odchudzania, jednym tchem wymieniłabym przynajmniej 10. Czegoś było „za dużo”, czegoś „za mało”, coś było „za daleko” albo „w zależności od”. Łatwiej było „pomyśleć o tym jutro” bo zmiana oznaczała jakąś niewygodę, dyskomfort – przynajmniej w mojej wyobraźni.

Zmianę wyobrażałam sobie jak rewolucję, która „przewróci do góry nogami” wszystkie moje dotychczasowe przyzwyczajenia i będzie zmuszać do wysiłku w imię efektów które – jak sądziłam – pojawią się w odległym „kiedyś” – chyba najgęściej zaludnionej krainie…

Nie spodziewałam się, że największa odległość dzieli jedynie moje „teraz” od decyzji. I że – gdy już ją podejmę, od razu przyjdzie mi do głowy pomysł na pierwszy krok. Okazało się, że szukanie jednego małego kroku, który mogę zrobić w danej chwili stało się moją metodą na długie miesiące. I przynosiło realne, konkretne efekty które widziałam od razu – nie „kiedyś”.

Dla mnie to był skok na głęboką wodę, a z perspektywy czasu – widzę to wyraźnie – łaska chwili, w której zaowocowały wszystkie moje wcześniejsze lektury, rozmowy, marzenia o szczupłej sylwetce czy nawet wrażenia, z jakimi wychodziłam po „odzieżowych” zakupach.

Uchwyciłam się tego, co miałam najbliżej – dosłownie „pod ręką”, co mogłam rozpocząć od razu i co zależało jedynie ode mnie. Mała rzecz, mały krok, który okazał się receptą na wiele dni, tygodni i miesięcy.

Może Ty też masz w zasięgu ręki coś, od czego możesz rozpocząć zmianę stylu życia? 2 kwietnia 2016 roku nie miałam w głowie całej tej listy 😉 Budowałam ją dzień po dniu słuchając siebie, obserwując efekty i odkrywając, co mi służy.

Dziś – z perspektywy niemal dwóch lat od pierwszej decyzji – codzienność nadal jest dla mnie pełna możliwości do wykorzystania „od zaraz”. Oto one:

W dniu decyzji wybrałam inny odpoczynek niż tabliczka czekolady. Nie pamiętam, co jadłam na kolację 😉 ale pamiętam swoje świadome nastawienie: chcę żeby mój wieczór wyglądał inaczej. Z czasem zaczęłam sobie uświadamiać, jak bardzo identyfikowałam ten słodki smak z ciszą, relaksem i „odreagowywaniem” całego dnia. To było łatwe i oczywiste, ale prowadziło mnie w kierunku, w którym nie chciałam dłużej zmierzać.

Uczyłam się – i uczę – słuchania siebie. Radość tego doświadczenia, procesu, odkrywałam najpierw podczas spacerów z kijkami, kiedy dzieliłam sobie etapy mojego marszu na wdzięczność Bogu za każde dobro jakie wydarzyło się od poprzedniego spaceru, modlitwę za konkretne osoby i słuchanie, co Bóg mówi do mnie. Wysiłek fizyczny, zmęczenie i warunki atmosferyczne sprawiały, że czasami czułam każdy kawałek swojego ciała 😉 do głosu dochodziły też emocje, które mówiły mi, co dzieje się we mnie.

Cisza. To dla mnie kolejny ważny element dnia, ściśle związany ze słuchaniem – Boga i siebie. Od niej staram się zaczynać dzień. Siadam sobie z dużym kubkiem ciepłej wody z cytryną i „zakorzeniam się” w teraźniejszości. Tu jestem. To dziś zrobię. Za to Ci Panie dziękuję. Do tego Cię zapraszam. Jeśli z różnych powodów nie jest to możliwe rano, wykorzystuję czas gdy akurat jestem sama w domu albo gdy domownicy są zajęci swoimi sprawami. A jeśli i tak się nie da – czasem ciszy jest spacer czy dłuższa droga do następnego przystanku.

Poranne ćwiczenia. 15-20 minut i cały dzień czuję się inaczej. Gimnastykę komponuję sobie według ćwiczeń zapamiętanych z rehabilitacji kręgosłupa i kończę rolowaniem. Najlepiej ćwiczy mi się po wypiciu wody ale przed śniadaniem. Trochę to trwało, ale nauczyłam się robić wydech w momencie największego wysiłku przy każdym powtórzeniu ćwiczenia, dzięki czemu gimnastykę kończę bez zmęczenia, przyjemnie porozciągana.

Jedzenie małych porcji możliwie jak najmniej przetworzonego jedzenia. Nie trzymam się sztywnych godzin posiłków – jem gdy zaczynam czuć lekki głód. W ten sposób jedzenie pozostaje jedzeniem a nie „zapychaczem” czy „pocieszaczem” jak kiedyś. Raz odkryte zdrowe produkty nadal są na mojej liście, szukam też nowych smaków i zawsze sprawdzam skład. Ważne: jeśli jestem poza domem, bez możliwości kupowania czy przechowywania produktów, jem to co jest na miejscu, dokonując wyboru na tyle na ile się da – po prostu. Nie schudłam w ciągu kilku dni i nie przytyję w ciągu kilku dni.

Woda. Przez całe lata piłam tylko wtedy gdy czułam pragnienie a równie dobrym napojem była dla mnie herbata z mlekiem, gazowany napój czy rozpuszczalna kawa. Sok z kartonu traktowałam już jak coś zdrowego 😉 a wodę jak konieczność. Dziś woda jest podstawą a kawą nazywam tylko tę z ekspresu. Wypicie więcej niż 1 litra wody dziennie to dla mnie ciągle wyzwanie, widzę natomiast jak bardzo odpowiednie nawodnienie pomaga mi w zrzucaniu kilogramów i jak dobrze wpływa na moje samopoczucie.

Zdziwiona ilością, prostotą? 🙂 Zdrowe życie jest proste, to często moja wygoda je komplikuje. Kiedy dziś myślę o tym, dlaczego przez tyle lat mój schemat: odchudzanie-zniechęcenie-tycie wyglądał tak samo, widzę jeszcze jeden powód. Dostrzegłam go (jako przeszłość) w zupełnie innym obszarze i odkryłam że i tu – przy odchudzaniu – może być przeszkodą.

Oczekiwania, wyobrażenia, porównywanie się. Moje własne oczekiwania, moje wyobrażenia co do efektów, porównywanie się do innych osób które schudły – znajomych czy nieznajomych. Przekonanie, że jeśli nie będzie „tak jak u… (kogoś)” to wszystko na nic. Może też poczucie, że powinnam sprostać czyimś oczekiwaniom?

A przecież to dla mnie oczywiste, że ładnie mi w zupełnie innych kolorach niż znajomej, w innej fryzurze, kroju ubrań. Skąd więc to przekonanie, że mój organizm – cudowny, skomplikowany i na swój sposób niepowtarzalny system – „powinien” (za)działać w taki sam sposób?

Efekty odchudzania mnie zaskoczyły. Najbardziej zdziwiła mnie radość aktywności. Odczuwania frajdy, która do tej pory wydawała mi się zarezerwowana dla wąskiego grona sportowców. Radochy było tak dużo, że rozciągała się jeszcze na wieczór – na ten „czas (dotychczasowej) czekolady”. I już jej nie chciałam z jedzonka. Chciałam ją czerpać z ruchu, bo to był właściwy kierunek. Mój wybór a nie przymus jedzenia. Świadome przeżywanie chwili a nie konieczność „zajadania” emocji.

To było jak odkrycie lądu istniejącego cały czas obok mnie – tyle że za mgłą moich wyobrażeń, które całkowicie mi go przesłaniały.

Masz ochotę odkryć swój „ląd”? 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *