sluchac-siebie-co-to-znaczy

Słuchać siebie – co to znaczy?

W mojej przemianie słuchanie samej siebie odegrało bardzo ważną rolę. Było tym punktem, do którego dotarłam, który odkryłam i który pozostał w mojej codzienności jako swego rodzaju latarnia morska. Docierające z niej światło pomaga mi rozpoznać, jak bardzo się oddaliłam i jaki może być mój następny krok w zależności od miejsca, do którego chcę dotrzeć.

Jak słuchać siebie?

Kiedy z moimi Rozmówczyniami poruszam ten temat (niezależnie od tego, czy jest to rozmowa podczas sesji czy wymiana zdań w gronie znajomych) jest taki moment, ułamek sekundy, kiedy pojawia się wahanie i niepewność: co właściwie mam na myśli wypowiadając te słowa. Już chwilę później w pamięci pojawia się jakieś wspomnienie albo przychodzi do głowy jakaś myśl, która pomaga w bezpiecznym „ulokowaniu” tego stwierdzenia: ach, o to chodzi…

Gdzieś pomiędzy pierwszym zdziwieniem a reakcją pamięci jest też niepewność: czy może wiem o czymś, o czym druga osoba „powinna” wiedzieć, jednak z jakiegoś powodu nie ma do tej wiedzy dostępu 😉

Nie – nie mam żadnej „tajemnej” wiedzy 🙂 Mam jednak wielką ochotę 😉 podzielić się z Tobą tymi odkryciami, które dla mnie stały się „drzwiami” ułatwiającymi dostęp do tego wszystkiego, z czym żyłam na co dzień nie mając świadomości, jak bardzo wpływa na poszczególne decyzje i codzienność. Oto one:

Wiem co czuję i pozwalam sobie to przeżywać

Jestem świadoma pojawiających się emocji. Radość, gniew, smutek, ekscytacja – potrzebuję chwili, żeby sprawdzić gdzie i jak czuję je w swoim ciele. Pozwalam sobie z nimi być. Po prostu być. Emocje same w sobie nie są ani „dobre” ani „złe” – są sygnałem, informacją. Czasem mówi mi o nich jakieś zachowanie (jak wczoraj na przejściu dla pieszych w ruchliwym miejscu, kiedy na zielonym dla mnie świetle kierowca podjechał niebezpiecznie blisko – najpierw poczułam złość i tak zareagowałam, potem, gdy czułam się już bezpiecznie, pod tą złością i gniewem zobaczyłam strach).

Z emocjami dla mnie przyjemnymi lubię być jak najdłużej – „rozsiadam się” wtedy w chwili jak w ulubionym fotelu i biorę, czerpię – jak wodę ze strumyka albo jak pyszne lody wielką łyżką 😉 Przy trudnych emocjach pierwszym krokiem było to, bym nauczyła się im nie zaprzeczać, nie udawać że czuję to co czuję. Gdy ich przeżycie albo wyrażenie nie jest możliwe od razu, wracam do nich w bezpiecznym dla mnie czasie i miejscu.

To marsze z kijkami pomogły mi najpierw w uświadamianiu sobie a potem w dopuszczaniu do głosu emocji i przeżyć o których już nie pamiętałam, choć cały czas miały wpływ na moje zachowanie. A możemy zmienić tylko to, co mamy w sobie przyjęte i zaakceptowane…

Odczytuję sygnały z ciała

Ten proces zaczął się u mnie od zauważania sygnałów najprostszych, najbardziej czytelnych: przyspieszonego oddechu i bólu mięśni podczas Nordic Walking. To było pierwsze (po latach) doświadczenie takiego zmęczenia, które nie musi łączyć się (jak na lekcjach WF) ze wstydem z powodu słabszej kondycji.

Pamiętam, jak wchodząc z kijkami szybkim tempem na mój ulubiony most, w miejscu gdzie jest lekkie wzniesienie, uśmiechnęłam się do siebie: hej, właśnie się męczysz 🙂 To było radosne doświadczenie i radosne odkrycie: mogę zauważać objawy zmęczenia, dopuszczać do głosu informacje, które ze sobą niosą, bo nikt nie zareaguje kpiną na widok moich zaróżowionych policzków czy „zadyszki”. Słyszę to, widzę to i do tych sygnałów mogę dostosowywać tempo i trasę marszu. Mogę iść dalej, delikatnie badając granice zmęczenia, do których chcę się posunąć, albo zmienić drogę bez uczucia porażki czy „niewystarczającej kondycji”.

Pamiętam że równolegle odkrywałam jak subtelnie moje ciało sygnalizuje mi, że jest najedzone. Zachwycała mnie – i zachwyca nadal – to współgranie jednych i drugich sygnałów: fizycznego zmęczenia i odczucia sytości. Jakbym przeczyściła jakiś „kanał słuchowy”, przez który do tej pory nic nie docierało…

Mam świadomość własnych granic – i przyjmuję je

Granice… od tej „zadyszki” na kijkach zaczęła się moja akceptacja dla tego, czego w danej chwili „nie przeskoczę”. Podczas marszów: czuję zmęczenie i dziś już więcej kilometrów nie zrobię. W codzienności: źle się czuję w tym działaniu i nie będę go podejmować. Odczucie wspólne dla obu tych obszarów: nie muszę niczego udowadniać – ani sobie, ani nikomu innemu – i robić coś wbrew sobie.

Być może podczas kolejnych dni czy tygodni zdecyduję się na dłuższy kijkowy dystans. Być może w przyszłości wybiorę działanie, w którym teraz siebie nie widzę. Teraz mogę powiedzieć: „nie” i ze spokojem zaakceptować to, że czegoś nie potrafię. I jest to dla mnie informacja, nie osąd.

Wiem gdzie jestem – dosłownie i w przenośni

Moi domownicy i osoby, które znają mnie bliżej wiedzą, że jestem w stanie zgubić się (niemal) wszędzie. Nawet po Warszawie zdarza mi się poruszać z włączoną nawigacją 🙂 Spośród wielu różnych sytuacji do rodzinnych anegdot przeszło moje szukanie stacji metra po wyjściu z Teatru Narodowego czy próba znalezienia schodów prowadzących na parter Galerii Północnej, kiedy właśnie… byłam na parterze 🙂

Wiele takich zabawnych sytuacji pozwoliło mi dostrzec, że gdy nie wiem, gdzie jestem, będę „dreptać w kółko” skupiona na jednym elemencie, zamiast ruszyć przed siebie, dalej, do celu. Wszystkie siły i emocje skoncentruję na fragmencie rzeczywistości.

Wiedza, gdzie jestem – w jakim miejscu, w jakim momencie życia – i w związku z tym: świadomość, dokąd chcę dojść, a dokąd nie chcę – jest dla mnie niezbędnym warunkiem podejmowania decyzji w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami.

Obrazowo nazywam to „staniem mocno obiema nogami” na tym, co dzieje się teraz: w moim życiu, ale i w konkretnej chwili. Przypomina Ci to uważność? Myślę że blisko mi do niej 🙂 Od kiedy zaczęłam świadomie zajmować się tym, co właśnie robię, bez ciągłego analizowania przeszłości albo wybiegania w przyszłość, czuję się bardziej wypoczęta. Już nie mam wrażenia, że „ciągle coś się dzieje i nawet nie mam czasu na…” Potrafię wracając z pracy piechotą nawet kilka razy w ciągu tego godzinnego spaceru mówić sobie: „właśnie odpoczywam”, gdy tylko moje myśli wędrują do tego co było albo tego co będzie. Albo usiąść z kubkiem kawy w fotelu, w zupełnej ciszy, zanim wyjdę z domu.

Jak zacząć słuchać siebie?

Dla mnie początkiem była aktywność fizyczna – Nordic Walking. Dla Ciebie może to być każdy inny element z wymienionych wyżej albo… coś zupełnie innego, co przyniesie Ci świadomość – a może najpierw zaskoczenie – że „Twój wewnętrzny głos” albo „coś w środku Ciebie” odzywa się cichym, nieinwazyjnym, a jednocześnie pewnym głosem, wskazując Ci kierunek.

Wiesz dlaczego na początku tego tekstu porównałam słuchanie siebie do wypatrywania światła latarni morskiej? Bo rzucany przez nią snop przebije się nawet przez nadmorski las i będzie widoczny nawet z bardzo daleka.

Wypatrywanie tego światła – słuchanie siebie – pomagało mi nie tylko w podejmowaniu decyzji o dużej wadze – co byłoby oczywiste. Było także bardzo konkretną wskazówką w małych, codziennych decyzjach, w obszarze, w którym po zrzuceniu sporej ilości kilogramów nie chciałam się zgubić: jedzenia.

To właśnie „światełko” – wewnętrzny głos – pomagał mi nie wpadać w panikę gdy zjadłam coś, co trudno byłoby nazwać „zdrowym”. Nie udawałam, że nic się nie stało, ale też nie przeceniałam całego zdarzenia. Bliżej było mi do myśli: stało się i idę dalej bo znam kierunek.

Jeśli chciałabyś zacząć już teraz, zaraz, gdy tylko skończysz czytać – zamknij oczy i posłuchaj swojego oddechu. Po prostu go zauważ, oddychaj w swoim tempie. Zostań tak przez 3 minuty a gdy otworzysz oczy – nazwij sobie to czego doświadczyłaś. Możesz wracać do tego ćwiczenia gdy tylko będziesz chciała.

A jeśli czytasz to gdzieś w autobusie, w pociągu czy w metrze: gdy wysiądziesz i będziesz szła do miejsca, które jest celem Twojej podróży, zapraszaj samą siebie, swoje myśli do pozostawania przy tej czynności: idziesz. Sprawdź, co teraz widzisz. Sprawdź, co teraz słyszysz. Sprawdź, czy wokół Ciebie są jakieś zapachy. Ilekroć będziesz wybiegała myślami w przyszłość albo wracała do przeszłości, łagodnie wracaj do tej konkretnej chwili. Zanim dojdziesz do celu, możesz znaleźć coś, co będzie Ci o niej przypominało: może kamyk albo kolor ubrania które masz teraz na sobie? Może coś charakterystycznego w mijanym krajobrazie? Znajdź swój sposób na zapisanie tego czasu w pamięci i… wracaj do niego 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *