swiatowy-dzien-walki-z-otyloscia-czym-jest-dla-mnie-dzisiaj/

Światowy Dzień Walki z Otyłością – czym jest dla mnie dzisiaj

Taki dziś dzień. Nazwa wprawdzie niezbyt szczęśliwa, bo ani na walkę w tej jesiennej aurze raczej nie mamy ochoty, ani „otyłość” sama w sobie nie brzmi zachęcająco – szczególnie dla tych, których dotyczy. I znam to z osobistego doświadczenia.

A najbardziej jak przypuszczam ma w zamierzeniu mobilizować właśnie tych, których dotyczy. Bo przecież z cudzą otyłością nie bardzo da się walczyć. A nawet nie powinno (się). 24 kg temu naprawdę nie chciałabym, żeby ktoś „walczył” z moimi kilogramami. Pomoc – być może tak. Walka – hmm…

Dni jak ten mają „zwrócić uwagę” jak czytam na stronach Ministerstwa Zdrowia. Ładny zwrot i rozumiem, że na oficjalnej stronie taki właśnie powinien był się pojawić. Ale że „zwrócenie uwagi” z definicji trwa zaledwie chwilę, chcę Cię dziś zaprosić do czegoś dłuższego niż chwila i bardziej angażującego niż kilkusekundowe uświadomienie sobie: „jest taki dzień”, „są takie osoby” albo „chyba mam problem”.

Nie będę Cię do niczego namawiać. Przekonywać. Tłumaczyć dlaczego warto. To już wiesz. Po prostu opowiem Ci moją historię. Spokojnie – żadnych długich życiorysów 😉 To będzie historia w trzech obrazkach z trzech różnych etapów mojej pięknej (teraz już to wiem!), 42-letniej codzienności.

Odchudzanie bez ćwiczeń i bez diety.

Wracam późnym wieczorem z uczelni. Jesienny dzień podobny do dzisiejszego. Polonistyka w Katowicach nie tak daleko od moich rodzinnych Tychów, ale codzienne dojazdy zabierają trochę czasu i wymagają wczesnego wstawania, za którym – najładniej rzecz ujmując – nie przepadam. Po zajęciach wychodzę głodna, a do domu docieram już bardzo głodna. Marzę o tym, żeby się wreszcie najeść i odpocząć. Obiad gotowy, ale ja na zjedzenie go będę czekać około godziny, bo tyle trwa wymagana przerwa między połknięciem ziołowej kapsułki która „zmniejszy mój apetyt” a posiłkiem. Czemu nie wzięłam jej jeszcze na uczelni żeby móc zjeść akurat po powrocie do domu? Bo się tego wstydzę i codziennie „zapominam” spakować je do torby. Jest rok 1998.

Odchudzanie bez kitów.

Kwietniowe, sobotnie przedpołudnie 2016 roku. Jestem na warsztatach dla kobiet przy warszawskim kościele Ojców Redemptorystów na ul. Pieszej. Rozmawiamy o podejmowaniu decyzji i stawianiu sobie sprecyzowanych, mierzalnych, atrakcyjnych, realistycznych i terminowych celów (SMART – znasz to?). Zapisuję swój cel związany z rozwojem zawodowym i wtedy słyszę, jak jedna z uczestniczek mówi: „chcę schudnąć”. Myślę: a może ja też spróbuję? Nie mówię o tym głośno – to jednak zobowiązanie, a ja boję się kolejnej porażki z traceniem kilogramów. Tego wieczoru po raz pierwszy od wielu miesięcy (jeśli nie lat) nie kończę dnia tabliczką czekolady.

Odchudzanie bez wyrzeczeń.

Wchodzę do sklepu po codzienne zakupy. Wiosenny dzień 2017. Już wiem co tutaj dla mnie „nie istnieje”. Obok gazowanych napojów, chipsów, „owocowych” jogurtów czy produktów z białej mąki mogę przejść obojętnie. Nie pasują do mojego nowego stylu życia. Ale jest jeden dział, do którego kiedyś podeszłabym niezależnie od pory zakupów czy goniącego mnie czasu. Słodycze. Tu kiedyś „krzyczało” do mnie wszystko. Teraz… odkrywam z zachwytem, że nie muszę. Nie muszę! Jeśli niczego stąd nie wezmę, nic się nie stanie. Absolutnie nic! Nie będę smutna, zdenerwowana ani zniecierpliwiona. Mogłabym wybierać do woli, bo na zakupach jestem sama. Mogłabym zjeść swoją „zdobycz” w samotności i nikomu o tym nie powiedzieć. Mogłabym – i nie chcę.

Co się wydarzyło między wiosną 2016 i 2017 roku? Jedna mała rzecz: podjęłam decyzję. Ale to nie wszystko: od razu zrobiłam coś, co mi ją pokazało w codzienności. Wybrałam wieczór bez słodyczy. Ja sama, dobrowolnie, dla siebie, nie dla kogoś. Ten konkret umocnił we mnie poczucie, że mogę to zrobić i podbudował mój obraz siebie jako osoby konsekwentnej. Potem jeszcze wiele razy było ciężko, ale zawsze mówiłam sobie że to jest kolejny krok i nie zamierzam się wycofywać.

Gdzie jestem dzisiaj? Lata świetlne od tamtego studenckiego czasu „tabletek hamujących apetyt”. Lubię siebie. Znam siebie. Słyszę siebie. Jedzenie nie jest już „zagłuszaczem”. W sklepie z ubraniami mogę swobodnie wybierać wśród mniejszych rozmiarów. Wiem czego się trzymać żeby iść w dobrym kierunku. Wiem do czego nie chcę wracać. Patrzę przed siebie.

Światowy Dzień Walki z Otyłością… Nie walcz z otyłością. Ani swoją, ani – tym bardziej – cudzą. Jeśli dotyczy Ciebie, zrób dzisiaj, teraz, jeden mały, konkretny krok, który powtórzysz też jutro. I pojutrze. Coś, co zależy wyłącznie od Ciebie. Nie od domowników, najbliższych osób czy okoliczności zewnętrznych. Tylko od Ciebie. Jeśli nie masz pomysłu, co by to mogło być, skorzystaj z moich małych kroków.

A jeśli widzisz, że uzależnienie od jedzenia trwa (miesiącami? latami?) i mimo wielu podejmowanych prób nie umiesz sobie z nim poradzić, poszukaj – dzisiaj, teraz – pomocy specjalisty, odwiedź stronę Anonimowych Jedzenioholików, ale nie pozostawaj z tym sama. Zacznij tu gdzie jesteś teraz. Zacznij. Teraz.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *