wspinasz-sie-zeslizgujesz

Wspinasz się czy ześlizgujesz?

Odsłona pierwsza – cel odchudzania (góra)

Właściwie długo tej góry przed sobą w ogóle nie widziałam. Pojawiała się i znikała. Najczęściej działo się tak przed uroczystościami, podczas których byłam zmuszona znaleźć dla siebie jakąś kreację (góra się pojawia). A że planowane uroczystości odbywają się zwykle latem, kłopot był podwójny. Strój i lato. W miarę cienki strój. Żadnych „narzutek”, w których mogłabym co nieco ukryć. Sweterków znaczy, kamizelek (nie wypada), rozpinanego czegokolwiek, czym mogłabym zamaskować moje fałdki. W takich chwilach góra objawiała się w całym swoim majestacie – ogromna, wysoka i całkowicie nie do zdobycia.

Gdy uroczystość się kończyła, góra znikała. Poprawka: może jeszcze przez kilka dni jej cień wyłaniał się zza drzwi lodówki, ale odpędzałam go szybko. Przeszkadzał. Odbierał radość. Przypominał mi o mojej bezradności. Zakłócał spotkania z czekoladą, która przecież rozumie…

Góra była za duża, za wysoka, przerażała wysiłkiem, a ja nie lubię się męczyć. Po kilku dniach znikała, żeby przy kolejnej uroczystości wyłonić się znowu – jakoś za każdym razem większa i bardziej nieosiągalna…

Niewidoczna góra nie stanowiła zagrożenia. Nie widzę – to znaczy, że jej nie ma. Święty spokój wraca (góra znika).

Odsłona druga – sposoby odchudzania (ścieżki)

Tych ścieżek prowadzących na górę widziałam mnóstwo. Nie moich ścieżek. Nie na moją górę. Ktoś mi o nich opowiedział. Gdzieś o nich przeczytałam. Zobaczyłam jakiś materiał w internecie opowiadający o osobie, która zmierzyła się ze swoją górą. Problem w tym, że te jej ścieżki zupełnie mi nie odpowiadały. Widziałam trud i zmęczenie, widziałam jak mozolnie toczy się wędrówka i wiedziałam, że nie jestem na nią gotowa.

Próbowałam też tworzyć sobie własne ścieżki. Kończyły się po kilku krokach, gdy dochodziłam do punktu: głód, zmęczenie, zniechęcenie. Teraz widzę, że kończyły się wtedy, gdy wycofanie się było łatwiejsze, a sukcesy jeszcze nie na tyle duże, żeby wydobywać z siebie najgłębsze pokłady silnej woli.

Odsłona trzecia – zaczynam odchudzanie (góra i ścieżki)

Kiedy góra i ścieżki jej zdobycia pojawiły się razem, zaczęłam wędrówkę. Chciałam innej perspektywy – nie wiedziałam, kiedy znajdę się tam najwyżej. Mogłam nadal siedzieć u stóp góry albo próbować się na nią wdrapać. Pierwsze 5 kg spadku wagi rzeczywiście bardziej przypominało mozolne wdrapywanie się niż radosny spacer.

Ale pojawiła się zmiana, w którą do tej pory nie wierzyłam i to już był sukces. Wybór: mogłam iść dalej – wyżej w nadziei na kolejne sukcesy, mogłam się zatrzymać i nie robić już nic więcej albo – zaprzestać wędrówki i powrócić do stóp góry. Różnice między drugim a trzecim rozwiązaniem były tylko pozorami. Zatrzymanie się oznaczałoby w rzeczywistości powrót do początku. Czy kiedykolwiek wyruszyłabym znowu? Jakoś trudno mi w to uwierzyć…

Kilogramy spadają – co odkryłam?

Moje największe „olśnienie” to doświadczenie, że zatrzymanie się i cofnięcie przyniosą te same efekty – a właściwie ich brak. Mogłam siedzieć obok tej góry i nigdy jej nie dostrzec, albo tak się przyzwyczaić do jej widoku, że przestałaby mi przeszkadzać. Przez całe lata moją otyłość (wreszcie to napisałam!) traktowałam jak coś, co już zawsze będzie, a szczupłą sylwetkę wrzuciłam do worka z napisem: „niemożliwe”. Na marginesie: gdy już udało mi się z niego wyciągnąć jedno marzenie, łatwiej wyciągać kolejne 🙂

Skończyłam odchudzanie? Gdzie jestem teraz?

Najkrócej mówiąc: w drodze 🙂 Bo jeśli się zatrzymam, zacznę się cofać. Czy znalazłam się na szczycie swojej góry? Chyba tak – a dzięki niej zobaczyłam kolejny cel. Zgromadziłam cały zapas ekwipunku – wiedzę o sobie. Czasem to są drobiazgi, czasem rzeczy, bez których nie ruszyłabym dalej. Większe i mniejsze elementy wiedzy o sobie, swoich reakcjach, odczuwaniu zmęczenia, bodźcach potrzebnych żeby zrobić kolejny krok.

Odchudzanie bez wysiłku – masz wrażenie, że jest mi łatwiej?

I tak i nie. Tak – bo jakiś etap wędrówki mam za sobą. Świadomość sukcesu z pewnością pomaga i powstrzymuje przed utraceniem tego, co zyskałam. Nie – bo tak jak Ty codziennie rano zaczynam od prostej decyzji: zrobić coś czy nie. Dzisiaj rano na przykład wyciągnięcie karimaty po wyprawieniu dzieci do szkoły i rozpoczęcie ćwiczeń zamiast powrotu do ciepłego łóżeczka było dla mnie osiągnięciem na miarę dziesięciokilometrowego marszu w deszczu 🙂

Gdybym wiedziała tę jedną rzecz, dzisiaj…

Doświadczenia nie zdobywamy słuchając – nabywamy je działając. Myślenie „co by było, gdyby” jest mi z gruntu obce, ale skoro – późno, bo późno – odkryłam tę ważną prawdę, będę się jej trzymać: zawsze jeden krok do przodu, choćby najmniejszy.

Już rozpoznaję w sobie tę przestrzeń na decyzję, już wiem, kiedy pojawia się moment wyboru. Mnie samej jest mniej, miejsca na decyzję – więcej. Kiedyś było odwrotnie…

A zatem… wspinasz się (na swoją górę, czymkolwiek ona jest) czy osuwasz? Trzecia opcja nie istnieje…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *